Jak pirat piratowi

Od dłuższego czasu obserwuję co i rusz pojawiające się informacje o przeszukaniach mieszkań przez policję, połączonych z zabezpieczeniem twardego dysku i „pirackich” płyt. Sprawa dotyczy głównie młodych ludzi, ale nie tylko. Uruchamia to zwykle w mediach i przeróżnych miejscach w sieci dyskusje na temat praw autorskich, definicji piractwa, legalności ściągania plików z internetu, czy wreszcie na temat olbrzymich strat koncernów rozrywkowych, sieci handlowych, czy samych artystów. Mało tego, dochodzą mnie słuchy o próbach podciągnięcia ściągania plików z internetu pod paragraf paserstwa (przechowywania rzeczy pochodzących z nielegalnego źródła).

Bodajże ksiądz Tischner mówił, że istnieją trzy rodzaje prawdy. Całe zamieszanie, o którym pisałem wyżej kwalifikuje się raczej do gówno prawdy. Dlaczego? Z kilku powodów.

Po pierwsze, jakoś nikt nie wziął pod uwagę faktu, że podobna działalność istniała zawsze i nigdy nie była karana, bo nie można było w żadnym stopniu przewidzieć jej skali. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu i wcześniej kolega przegrywał od kolegi kasetę zespołu Metallica, w zamian umożliwiając koledze przegranie kasety grupy Roxette. Działo się tak na całym świecie. Tak samo ludzie pożyczali sobie książki, potem filmy VHS, i tak dalej. Nikt nie wiedział ile na tym traci branża rozrywkowa, nikt nie zastanawiał się nad stratami artystów i absolutnie nikt nie nazwałby takiego procederu piractwem, a już na pewno nie paserstwem. Kasety magnetofonowe były na tyle nietrwałe, że i tak po jakimś czasie nie nadawały się do słuchania, więc nikt nie roztrząsał kwestii zakupu razem z kasetą prawa do jej odtwarzania. Nawet obecnie, kiedy kupimy oryginalne DVD z filmem, a potem płyta ulegnie zniszczeniu, żaden sprzedawca nie odejmie nam od ceny nowej płyty wartości praw, które nabyliśmy już wcześniej. Ostatnio ściągnąłem sobie dyskografię Beach Boys, ale po przesłuchaniu większości wyrzuciłem całość z dysku, bo mi się spodobało tylko kilka piosenek z kilkuset. Owszem, mógłbym kupić te wszystkie płyty i wyrzucić je do kosza, mógłbym czekać, aż wszystko puszczą w radio, albo szukać znajomych z odpowiednio dużą płytoteką. Tylko po co? Nie zmienia to faktu, że gdyby w tamtym momencie wpadła mi do mieszkania policja zaintrygowana olbrzymim stosunkiem downloadu do uploadu, policzyliby mi nieźle.

Idea sharingu polega właśnie na starym pomyśle wymieniania się (sharing właśnie to oznacza po angielsku). Kupiłem sobie płytę Roxette, ktoś na drugim końcu świata kupił płytę Britney Spears. Zrobiliśmy z płyt pliki mp3 (moja płyta, moje prawo do jej kopiowania na własny użytek) i zamiast wymieniać się z kolegą krążkiem za płytę jakiejś Madonny, wymieniłem się z nieznajomym na pliki z Britney.

Wiecie, co boli producentów? Kiedyś po kilku wymianach kaseta była do niczego, a często ginęła w niewyjaśnionych okolicznościach (pożyczyłeś mi? niemożliwe!). Jak się zniszczyła, to właściciel kupował sobie drugą, a znajomy, jak mu się spodobała też – to razem trzy sprzedane kasety. Teraz po wymianie plików obie strony mają swoją płytę i cudzą w plikach mp3, więc sprzedano dwie płyty, a u dwóch osób znajdują się łącznie cztery płyty. Tracimy pieniążki? No dobrze, ale powinni producenci winić technikę, a nie ludzi, którzy nie robią nic innego, tylko to samo, co trzydzieści lat temu!

Po drugie, również kilkadziesiąt lat temu było już możliwe nagrywanie piosenek z radia. Nad tym też nikt się nie zastanawiał, a magnetofony z taką funkcją szły jak świeże bułeczki. Zauważcie, że podobnie obecnie dzieje się z telewizją. Nie mogę ściągnąć za darmo filmu z internetu, ale mogę go nagrać z HBO, gdzie idzie średnio kilka razy w tygodniu. Ja się pytam w takim razie: skoro radio bądź telewizja zapłaciły za prawa nadawania piosenki bądź filmu, a ja mogę je sobie nagrać, jak miliony innych ludzi, to jakie są straty branży rozrywkowej związane z tym procederem?? Ile traci Nelly Furtado, kiedy ściągnę jej piosenkę z internetu? Czy więcej, niż kiedy ją nagram z radia? Za nagranie z radia nic mi nie grozi, a za ściągnięcie z internetu tak? Pewnie. Wiecie dlaczego? Bo państwo nie ma nic z mojego ściągania z internetu. To jak z papierosami i marihuaną. Za posiadanie papierosów, które zabijają rocznie dziesiątki tysięcy ludzi, nic Ci nie grozi, drogi Czytelniku, bo akcyza zasila budżet. Za posiadanie marihuany, która nigdy nikogo nie zabiła (może tylko przez wypadek samochodowy – zupełnie jak wódka), grozi Ci do trzech lat w więzieniu, bo państwo na Tobie, drogi Czytelniku nie zarabia. Takie są fakty, z którymi naprawdę trudno jest dyskutować.

Po trzecie wreszcie, kupuję sobie komputer. Słyszałem o bogactwie zasobów internetu (choć nie wiem jeszcze ile stron będę musiał przeczytać i gdzie jest spis treści 🙂 ), więc dają nura w gąszcz przeróżnych witryn. Trafiam na pornografię, na fora internetowe o wszystkim i o niczym, na strony z torrentami, na portale informacyjne, na wikipedię. Ściągam jakiś freeware ze stron z oprogramowaniem. Instaluję sobie e-mule, albo bittorrent, albo azeurusa. W każdym razie w pewnym momencie odkrywam, że mogę sobie za darmo ściągnąć wiele rzeczy, za których kupno zapłaciłbym fortunę. No to ściągam!

Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą nowego miasta. Nigdy w nim nie byliście. Znajdujecie na ulicy encyklopedię, jakieś płyty z muzyką, z filmami, kilka poradników. Idziecie dalej, a tu co kilka kroków nowe ciekawe rzeczy. Ludzie jedne rzeczy podnoszą, drugie akurat odkładają, bo stracili zainteresowanie. Setki ludzi. No to podnosicie pierwszą z brzegu płytę. I w tym momencie cap! Łapie Was za ramię funkcjonariusz law enforcement i recytuje z pamięci, że piractwo, że prawo autorskie, że kradzież, że milionowe straty, że paserstwo, że przestępstwo, że wykroczenie, że grozi Wam tyle a tyle, że teraz to się nie wywiniecie……

Czasy się zmieniły. Im prędzej branża rozrywkowa zda sobie sprawę, że jednoczesne słuchanie reklam w radio (bo radio musiało płacić za piosenki), płacenie za własną płytę z tymi samymi piosenkami, za koncert z tymi samymi piosenkami, za telewizję z reklamami, w której nadają teledysk do tej samej piosenki…. a potem pójście siedzieć za ściągnięcie innej piosenki jest niewyobrażalnym nonsensem, tym lepiej dla branży rozrywkowej. Postępowanie branży rozrywkowej nie różni się niczym od postępowania państwa, dlatego te dwie grupy się zwąchały. To jasne jak słońce. Państwo też lubi człowieka wielokrotnie opodatkować (dochodowy, VAT, ZUS, PTU, cła, akcyzy w paliwach, alkoholach, papierosach, koncesje, egzaminy państwowe), a potem przymknąć za uchylanie się od jednego z ciężarów.

Zaprawdę, wszyscy chcą naszych pieniędzy.