Gospodarka w alkowie

Kryzys, kryzys, kryzys… Słowo powtarzane niczym mantra we wszelkich mediach, podobnie jak hossa i wzrost dwa lata temu. Ludzie, codziennie bombardowani informacjami o spowolnieniu gospodarczym, w końcu ulegają mrocznym i przerażającym wizjom utraty pracy, ciężkich czasów i zapaści ekonomicznej. Niektórym coraz trudniej spojrzeć na sytuację trzeźwym okiem.

Ba, niejeden pokusił się o prognozy wojen i głodu, używając chwytliwych porównań do Wielkiego Kryzysu z początku XX wieku. Warto zajrzeć tu i przeczytać tekst z blogu netkobiety, który piętnuje również osoby wykorzystujące kryzys do swoich małych, pokrętnych celów.

Łatwo zapomnieć, że gospodarka, podobnie jak organizmy w przyrodzie, ma swój rytm. Wdech – wydech. Praca – odpoczynek. Dorosły człowiek spędza na nogach szesnaście godzin, by przez kolejne osiem korzystać z dobrodziejstw łózka, bodaj jednego z najwspanialszych wynalazków ludzkości. Gospodarka świata udała się do alkowy. W wielkim łożu światowego kryzysu obserwujemy akty fuzji i przejęć na korzystnych warunkach; regenerację poprzez porządkowanie aktywów, pasywów, przychodów, wierzytelności i długów; śmierć kilku organizmów tudzież reanimację innych za pomocą transfuzji kapitałowej krwi pieniądza. Prędzej czy później nastąpi też przebudzenie.
W moim przekonaniu obecne spowolnienie przypomina raczej kryzys sprzed trzydziestu lat. Najpierw pojawiły się wtedy problemy ze spłatą kredytów, potem runął rynek nieruchomości, a następnie instytucje finansowe. Oczywiście efekty rozlały się z USA na cały świat. Co ciekawe, przebudzenie doprowadziło do kilkudziesięciu lat rozwoju, do których zakończenia potrzebne było pęknięcie dwóch baniek – internetowej i teraz finansowo-nieruchomościowej.
Pozostając w okolicach sypialni zrezygnuję z popularnego pytania, czy kupuje się jak jest tanio, czy jak jest drogo, na rzecz bardziej adekwatnego obrazu. Otóż podobno ideał diety polega na tym, by zjeść duże śniadanie, obiadem podzielić się z przyjacielem, a kolację oddać wrogowi. Gospodarka się niedługo przebudzi i kto wcześnie zainwestuje w akcje, będzie mógł sprzedać część z zyskiem w połowie hossy i pozbyć się reszty, gdy znów banki zaczną pożyczać pieniądze ludziom bez dochodu i majątku, albo firmy odzieżowe zaczną się zajmować deweloperstwem. Kto jednak nic nie kupi „rano”, będzie głodny patrząc, jak portfele innych tyją i wyda pieniądze, by inni zrealizowali zyski z połowy inwestycji, a potem dokupi na szczycie na kredyt – taka porządna kolacja to gwarancja złego snu, gdy nadejdzie następny kryzys i gospodarka znów pójdzie spać.
Podsumowując, za późno jest na straszenie kryzysem, kiedy się on kończy. Myślmy o nadchodzących wzrostach i pamiętajmy, by straszyć się kryzysem ZANIM nadejdzie, bo po dwóch latach jego trwania, takie powszechne medialne straszenie, jest niczym wołanie: uwaga!!!!…
kiedy już kogoś samochód potrącił…

– tekst opublikowany po raz pierwszy na marlowe.bblog.pl