„Big Short” — recenzja

Do „Big Short” zabrałem się tak, jak lubię najbardziej, czyli nie mając zielonego pojęcia o tym filmie. Oczywiście słyszałem, że zgarnął jakieś Oskary lub nominacje, ale to tyle. Ani wzmianki o obsadzie, ani o fabule, ani o reżyserze, kompletnie nic. Głównie dlatego czerpałem taką przyjemność z oglądania. Nie miałem bowiem absolutnie żadnych oczekiwań i dawałem się zaskakiwać. Jeśli w kwestii tego filmu ciągle jesteście dziewicami, to koniecznie obejrzyjcie go zanim kontynuujecie lekturę.

„Big short” opowiada historię kilku osób, które, na podstawie coraz większej ilości przesłanek, obstawiły ogromne pieniądze przewidując krach na rynku amerykańskich nieruchomości z 2007 roku. Jedno, czego być może mogłem się domyślić, to powiązania filmu z rynkiem finansowym, jako że „short” w tytule oznacza krótką pozycję, czyli w pewnym myślowym skrócie „obstawianie spadków”*. Myślę, że można było z powodzeniem przetłumaczyć tytuł filmu na „Wielka krótka pozycja”. Tym, co nie znają terminologii, mówiłby on tyle samo, co angielski oryginał — nic.

Jak wytłumaczyć, że coś zaraz runie jak domek z kart?
Jak wytłumaczyć, że coś zaraz runie jak domek z kart?

Nie lubię streszczeń w recenzjach, bo moim zdaniem odbierają efekt zaskoczenia. Takie samo zdanie mam co do klasyfikacji. Kiedy wiem, że oglądam dramat to spodziewam się smutnego zakończenia. Można powiedzieć, że jestem skrajnym antyspoilerowcem. Samo zaszufladkowanie filmu już coś o nim zdradza i w pewien sposób nastawia odbiorcę. Największą przyjemność z oglądania filmów czerpałem, odkąd pamiętam, przy dziełach, o których nic nie wiedziałem przed naciśnięciem „play”.

Coś o fabule powiedzieć jednak trzeba poza lakonicznym zdaniem dwa akapity temu. Mamy więc genialnego i dociekliwego, choć nieco niezgrabnego w kontaktach z innymi ludźmi, zarządzającego funduszem inwestycyjnym – Michaela Burry (Christian Bale), który dokopuje się do prawdy o rynku kredytów hipotecznych w Ameryce. Kiedy chce zagrać na załamanie tego rynku, banki, traktując go jak bogatego idiotę, tworzą specjalnie dla niego** kontrakty swap zabezpieczające przed problemami ze spłatą kredytów (tak zwane CDS — Credit Default Swap). Polega to na tym, że kupujący CDS płaci okresowe opłaty sprzedającemu przez cały czas obowiązywania kontraktu. Jedyna sytuacja, w której kupujący zarabia pieniądze, to zaprzestanie spłacania rat przez kredytobiorcę. Krótko mówiąc, jest to swego rodzaju ubezpieczenie na wypadek niewypłacalności kredytobiorcy. Trudno się dziwić, że faceta obstawiającego duże pieniądze na niewypłacalność wielu amerykańskich kredytobiorców na raz potraktowano jak wariata.

Podobnie myślą inwestorzy posiadający jednostki uczestnictwa w funduszu Michaela, kiedy przychodzi do regularnego płacenia wielkich sum na „ubezpieczenie” od zdarzenia wydającego się wysoce nieprawdopodobnym. Fundusz przynosi straty.

W międzyczasie informacja o analizie Burry’ego i jego miliardowym zakładzie na upadek rynku kredytowego dociera do kilku ludzi, którzy także dostrzegają okazję do zarobienia. Jedni, jak Mark Baum (Steve Carell), chcą przy okazji dokopać bankom; inni, jak Charlie Geller (J. Magaro) i Jamie Shipley (F. Wittrock), szukają tanich ubezpieczeń z możliwością dużych wypłat i uczynili z tego model biznesowy.

Dość powiedzieć, że zaczyna się gra na czas o duże pieniądze. Wychodzą na jaw machinacje firm finansowych i rozdawnictwo kredytów ludziom bez żadnej zdolności kredytowej. Do tego korupcja firm ratingowych, co przecież zarabiają na wydawaniu swoich opinii, więc jak tu być obiektywnym? Poza tym SEC (odpowiednik polskiego KNF) nie ma żadnych instrumentów kontroli nad papierami wartościowymi bazującymi na kredytach mieszkaniowych. I tak dalej, i tak dalej.

Gwiazdorska obsada, scenariusz i pomysł na wyjaśnianie trudnych terminów przez mówiących wprost do kamery celebrytów (Margot Robbie, Selena Gomez, Anthony Bourdain) – te trzy rzeczy zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Odkrywałem też z przyjemnością nowych aktorów w kolejnych scenach: Bale, Ryan Gosling (jako Jared Vennett), czy Brad Pitt, którego rozpoznałem dopiero po jakimś czasie.

Wydawałoby się, że film o produktach finansowych i kryzysie gospodarczym nie może być komedią, a mimo to Big Short tak jest klasyfikowany. Nie spodziewajcie się jednak salw śmiechu, raczej dobrej, stonowanej zabawy i kilkunastu uśmiechów. Sami bohaterowie ostatecznie z kwaśną miną zarabiają swoje wielkie pieniądze. Dlaczego? Obejrzyjcie wreszcie ten cholerny film.

Obejrzysz wreszcie ten film, czy nie?
Obejrzysz wreszcie ten film, czy nie?

*Zajęcie krótkiej pozycji wzięło się z krótkiej sprzedaży. Jeśli kupujecie akcje i trzymacie je czekając na wzrost ceny, by je drożej sprzedać, to wszystko jest zrozumiałe. Krótka sprzedaż to specjalna konstrukcja finansowa, pozwalająca grać na spadki. Pożyczacie akcje od maklera i sprzedajecie je za 100 dolarów. Jeśli ich cena spadnie do 80 dolarów, odkupujecie te akcje i oddajecie maklerowi. Makler nadal ma swoje akcje, a 20 dolarów różnicy między ceną sprzedaży i odkupienia to wasz zysk.

**Tak naprawdę kontrakty CDS zostały wynalezione w 1998 roku.

Możecie też przeczytać książkę „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”, na której kanwie powstał film.