„Spotlight” – recenzja

Śledztwa dziennikarskie to to, co odróżnia prasę przez duże „P” od fabryk treści. Internet wiele w tej kwestii zmienił, od hiperlinków, blogów, przez tytuły nakłaniające do kliknięcia (tzw. click-baits), aż po ciągłe aktualizacje artykułów. Największą jednak zmianę wprowadziły social media i profilowanie treści. Teraz to nie gazety zmieniają nasze widzenie świata, a my sami wybieramy treści zgodne z naszymi poglądami i zamykamy oczy na świat poza nimi. I to jest poniekąd najsmutniejsze.

Być może dlatego filmy o śledztwach dziennikarskich oglądam z pewną nostalgią. Rzetelność, obiektywizm, dążenie do ujawnienia prawdy – wydaje się, że wartości te zanikały wraz ze spadkiem sprzedaży dzienników papierowych. Ponieważ byle kto z aparatem i dostępem do internetu może teraz robić wiadomości, niestety nie zawsze warte jakiejkolwiek uwagi. Szkoda tylko, że prasa zaczęła równać do dołu, do byle kogo.

„Spotlight” nie jest wszakże filmem o kondycji wydawców gazet, a o konkretnym dziennikarskim dochodzeniu. Tytułowy Spotlight to mała ekipa śledcza pracująca w redakcji „The Boston Globe”. Film opowiada historię śledztwa, które zaowocowało serią artykułów nagrodzonych Pulitzerem w 2003 roku. Śledztwa, które wyjawiło ogromną skalę molestowania seksualnego dzieci przez katolickich księży w Bostonie. Śledztwa, które odsłoniło wierzchołek góry lodowej.

Akcja filmu dzieje się w 2001 roku. Walter Robinson (niezła rola Micheala Keatona), szef małej ekipy śledczej „Boston Globe”, dostaje zadanie, by zająć się sprawą kardynała Bernarda Law. Ów kardynał, i arcybiskup diecezji Bostonu zarazem, rzekomo zatuszował sprawę molestowania dzieci przez jednego księdza. Kiedy Spotlight dociera do organizacji zrzeszającej ofiary molestowania seksualnego przez księży katolickich, śledztwo rozszerza się o dwanaście kolejnych kapłanów. A potem… Cóż, zgodnie z szacunkami byłego kaznodziei, który stał się swego rodzaju ekspertem w tej materii, około sześciu procent księży katolickich było zamieszanych w seksualne wykorzystywanie dzieci.

Pamiętam rozmowę z moim kolegą o prawicowych poglądach, który twierdził, że pedofile są w każdym zawodzie i czepianie się w tej kwestii Kościoła Katolickiego jest aktem wrogim i nieuzasadnionym. Myślę, że kolega ten powinien obejrzeć „Spotlight”. Problem nie tkwi bowiem wcale we wrogości do kościoła, jako takiego. Źródła skandali seksualnych w Kościele katolickim są dwa.

Pierwszym jest celibat, który przyciąga pedofilów i homoseksualnych mężczyzn z małych miejscowości, którzy zostając kapłanami unikają pytań o brak żony. W ciasnych i konserwatywnych wspólnotach młodemu gejowi trudno jest co chwilę odpowiadać babci, że jeszcze nie znalazł tej jedynej, ze świadomością, że całe życie będzie musiał tak kłamać. Nie wspominając już o pedofilach. Zostanie księdzem urywa te niewygodne pytania.

Drugim źródłem i powodem, dlaczego te skandale były takie duże, jest fakt, że zwierzchnictwo Kościoła wiedziało o ogromnej liczbie przypadków molestowania i absolutnie nic z tym nie robiło. Nikt nie został odsunięty od kapłaństwa, nikt nie był nawet postawiony przed sądem. Kościół wykorzystywał swoje wpływy, aby sprawy tego typu zamiatać pod dywan przekupstwem, wykorzystując to, że ofiarom niezwykle trudno przyznać się publicznie do ciągnięcia druta księdzu. Takie postępowanie hierarchii instytucji uważanej przez wielu i przez samą siebie za moralny kompas świata, powinno być i jest godne pogardy.

Dlatego „Spotlight” jest filmem ważnym. Warto go obejrzeć również dla gry aktorskiej Marka Ruffalo, ślicznej Rachel McAdams (znanej choćby z serialu „True Detective”), czy Lieva Schreibera. Warto również przypomnieć sobie kolejny raz, dlaczego wolna prasa i śledztwa dziennikarskie są tak niezbędne dla zdrowego funkcjonowania społeczeństwa. Moja ocena to pięć na pięć. Przy okazji, film zgarnął Oskary za najlepszy film i najlepszy oryginalny scenariusz. Tak, że ten…

Dla zainteresowanych faktami, na których oparto film, zostawiam tu link do książki będącej zbiorem artykułów napisanych przez dziennikarzy Spotlight i opublikowanych w „The Boston Globe”