„Imperium” – recenzja

„Imperium” Kapuścińskiego miałem w formie audiobooka z Gazety Wyborczej, wydanego bodajże w 2012 roku. Na fali romansu z książkami w słuchawkach, który zaczął się u mnie od biografii Jobsa, zanurzyłem się w świat Związku Radzieckiego widziany w różnych miejscach czasu i przestrzeni, a opisany bezstronnym językiem reportażu.

W porównaniu do niektórych, nieraz dwudziestogodzinnych, nagrań, „Imperium” to nieco ponad sześć godzin słuchania. Kapuściński maluje obraz Związku Radzieckiego z perspektywy prowincji, gdzie, z dala od centrum decyzyjnego, ludzkie życie podporządkowane jest wielkim planom, przeogromnej biurokracji, ale nie traci nic z lokalnego kolorytu. Coś, co z zewnątrz przypomina opleciony drutem kolczastym monolit, w środku pełne jest pokoleniowych konfliktów, tradycji, tysiącletnich opowieści, odrębnych alfabetów i religii, połączonych tyglem zniewolenia i imperialnej inercji.

Widzimy więc oczami polskiego chłopca, jak imperium pochłania jego rodzime miasto. Podziwiamy stolice dawnych potęg zredukowane do peryferyjnych ośrodków. Możemy zachwycić się gruzińskim chrześcijaństwem, ormiańskimi książkami, bogactwem azerskiego Baku. Próbując zrozumieć powiązanie mentalności ludzi pustyni z ograniczoną liczbą mieszkańców, jaką może utrzymać przy życiu oaza, wędrujemy przez Turkmenistan, Tadżykistan, Kirgistan, Uzbekistan. Każde miejsce ma swoją duszę.

Stary Turkmen bierze czajnik, nalewa dwie miseczki, jedną dla siebie, drugą podsuwa małemu blondasowi… Taki Turkmen, który dożył siwej brody, wie wszystko. Jego głowa jest pełna mądrości, jego oczy czytają księgę życia. Kiedy dostał pierwszego wielbłąda, poznał smak bogactwa. Kiedy zdechło mu stado owiec, poznał nieszczęście. Widział wyschnięte studnie, a więc wie co to rozpacz i widział studnie z wodą, więc wie co to radość. On wie, że słońce przynosi życie, ale wie również, że słońce przynosi śmierć, z czego nie zdaje sobie sprawy żaden Europejczyk. Wie co to jest pragnienie i co to jest nasycenie. Wie, że jak jest upał, trzeba się ciepło ubrać, w chałat i baranią czapę, a nie rozbierać do skóry, jak to robią biali. Człowiek ubrany myśli, a rozebrany – nie. Człowiek nago może popełnić każde głupstwo. Ci, którzy tworzyli wielkie dzieła, byli zawsze ubrani.

Później, bliżej rozpadu wschodniej potęgi, Kapuściński odwiedza Magadan i Workutę. Te nazwy mówią wszystko, jeśli wiecie cokolwiek o Gułagu, lub czytaliście potężny tom Anne Applebaum. To między innymi tam niewolnicy ze wszystkich zakątków ZSRR dokonywali żywota harując w głodzie i mrozie. Ku chwale imperium. Wraca też autor do Tbilisi i Erywania, by pokazać nam zmiany, jakie zaszły na peryferiach, kiedy powiał tam wiatr niosący zapach nadchodzącej wolności.

Sama podróż przez niezmierzone przestrzenie to nie wszystko, bo największą wartość niesie lekkość pióra i erudycja Ryszarda Kapuścińskiego. Niezależnie od opowieści: o starym Turkmenie, o historii Samarkandy, o fitoterapii w Baku, o sztuce robienia koniaku, czy o Niko, gruzińskim malarzu – każde słowo jest we właściwym miejscu. Mistrz żongluje odniesieniami do literatury, sztuki, historii, okraszając wszystko precyzyjnie dobranymi słowami. Każde zdanie jest sztuką samą w sobie.

Czy koniak jest młody, czy stary, to się poznaje po smaku. Młody koniak jest ostry, szybki, jakby impulsywny. Smak ma cierpki, chropowaty. A znowu stary wchodzi łagodnie, miękko. Dopiero potem zaczyna promieniować. W starym koniaku jest dużo ciepła i słońca. On pójdzie do głowy spokojnie, bez pośpiechu. A swoje zrobi.

Czytanie „Imperium” należy do tych rzadkich przyjemności, które dają nam przeżyć przygodę w fotelu, niemal czując zapachy, skwar pustyni lub mróz Syberii. Jednocześnie odczuwałem radość obcowania ze wspaniale napisanym tekstem (w tym przypadku przeczytał mi go Jerzy Trela). W porównaniu do nieraz dwudziestogodzinnych nagrań, „Imperium” to nieco ponad sześć godzin słuchania. I każda z tych godzin jest warta dwudziestu godzin z niektórych audiobooków.