„Logan” – recenzja.

Filmy Recenzje

Boom na komiksowe adaptacje trwa w najlepsze od lat osiemdziesiątych, a studia filmowe na wyścigi biorą się za kolejne serie zeszytów. Zrobiło się tego ostatnio sporo, sam świat komiksów Marvela rozdzielony został na kilka wytwórni (Universal, 20th Century Fox, Walt Disney, Columbia Pictures, Paramount Pictures, Lionsgate). Jak zwykle, kiedy moda na coś zapanuje dokumentnie, pieniądze na nowe produkty płyną szerokim strumieniem, ale efekty tylko z rzadka bywają wyjątkowe. Najbardziej kręcą mnie filmy wymykające się standardowemu schematowi superhero movie, jak „Sin City”, „Deadpool”, czy właśnie „Logan”.

Najbardziej sztampową opowieścią w filmach z superbohaterami jest walka dobra ze złem. Mamy jednego lub kilku protagonistów tudzież jednego, lub kilku antagonistów. Trzeba uratować kogoś, siebie, a najczęściej cały świat. Wiele filmów, do porzygu ta sama historia. Nic dziwnego, że wulgarny i krwawy „Deadpool” ze swoim specyficznym poczuciem humoru przyjął się tak dobrze. Dookoła powtarza się, że to właśnie on przetarł drogę trudniejszym i ciekawszym historiom. Nie zgadzam się z taką interpretacją. „Watchmen”, „Kick-Ass”, „Maska”, „Hancock”, „V jak Vendetta”, „Constantine”, „Strażnicy Galaktyki” to kilka tytułów, które oparte były na komiksach z superbohaterami o różnych odcieniach.

„Logan” to trzeci film w całości poświęcony postaci Wolverine granego przez Hugh Jackmana i, według aktora, ostatni z jego udziałem. Dla Jackmana przygoda z Marvelem trwała ponad dziesięć lat. W obsadzie towarzyszy mu Patrick Stewart w roli Charlesa Xaviera oraz dwunastoletnia dziś Daphne Keen. Reżyserią zajął się odpowiedzialny za wcześniejszy „Wolverine” James Mangold.

Najnowsze przygody Rosomaka to obraz o starości i nadziei, jaką dają nam dzieci. Oglądamy zgorzkniałego Logana zarabiającego na życie limuzyną do wynajęcia w ponurym świecie, w którym większość mutantów zginęła. Bohater opiekuje się ulegającym demencji Profesorem X, ukrytym w zardzewiałym silosie w Meksyku. Z ekranu uderza widza podskórne wkurwienie, rezygnacja i rozczarowanie. Xavier ma problemy z kontrolowaniem swoich mocy, Logan coraz bardziej odczuwa toksyczny wpływ adamantium, tracąc przy tym zdolność szybkiego uzdrawiania się, a wszystkich, łącznie z Calibanem, prześladują demony przeszłości: żal, gniew, strata.

W ten pejzaż rdzy, przekleństw, zmarszczek i rozkładu wdziera się z naturalną wściekłością młodość — Laura Kinney. Dziewczynka ma ze sobą spory bagaż nieprzyjemnych wspomnień, a jej milcząca obecność dodaje do emocjonalnego sosu całego filmu dziecięcy upór i przekorę. Nie spodziewajcie się rozjaśnienia, o nie. „Logan” sączy mieszaninę poczucia straty, bólu, i wszystkiego, co łączy się z długim życiem w parszywym świecie, niczym szklaneczkę dwudziestojednoletniej Balvenie dojrzewającej w beczkach po porto.

Ten mroczny koloryt nasunął mi po seansie skojarzenia z dwoma świetnymi filmami: „Ludzkie dzieci” (Children of men) Alfonso Cuaróna oraz „Gran Torino” Clinta Eastwooda. W pierwszym bohater musi ocalić dziecko będące jedyną nadzieją sterylnej ludzkości. W drugim zgorzkniały starzec odnajduje sens swojej starości oraz oczyszczenie, pomagając młodemu chłopcu. „Logan” czerpie z obu dzieł garściami — stary, zgorzkniały i zawiedziony Wolverine spotyka dziecko, które przełamuje stopniowo jego upór i pozwala odnaleźć odkupienie i cel, jednocześnie dając nadzieję na lepszą przyszłość dla świata.

„Logan” jest doskonałym zwieńczeniem trylogii o Rosomaku i zdecydowanie jednym z lepszych filmów o superbohaterach. Powali was emocjonalnym ciężarem bardziej niż wulgarnym językiem i krwią. Trzeba zobaczyć!