Dwa seriale, zamiast których lepiej przeczytać książki.

Książki Recenzje Seriale

Pojawiły się ostatnio dwa dosyć głośne seriale. Świetnie nakręcone, z klimatem i oparte na prozie: „Amerykańscy bogowie” oraz „Opowieść podręcznej”. Dlaczego lepiej przeczytać książki, na podstawie których powstały oba scenariusze?

„Amerykańscy bogowie” mają klimat…

Wspaniałe zdjęcia, dobrze dobrana oprawa dźwiękowa i genialny Ian McShane (Winston z serii filmów „John Wick”, wiele ról telewizyjnych) jako pan Wednesday. Paleta kolorów, ciemne wnętrza, chmurne niebo — przyjemnie jest wejść w ten paranormalny świat przepełniony starymi i nowymi bogami walczącymi o wpływy i przeżycie. Prawie czuć z ekranu woń kadzidła i ofiarnej krwi.

Serial oparty jest na powieści Neila Gaimana z 2001 roku o tym samym tytule. Tylko niektóre wątki trochę rozszerzono, ale ogólnie zarówno historia, jak i klimat są dla mnie lustrzanym odbiciem dzieła Gaimana. Przeczytałem „Amerykańskich bogów”, jak tylko pojawili się w Polsce. Książka doskonale masowała korę mózgową i pobudzała wyobraźnię. A serial?

…ale trącą plastikiem i wtórnością.

Wyprodukowani przez stację Starz „Amerykańscy Bogowie” czerpią garściami z wcześniejszego „Spartacusa”, co oznacza mega sztuczne, „komiksowe” rozbryzgi krwi, oraz nalot cycków i penisów. Sam „Spartacus” ciągnął inspirację z filmów „300” i być może „Sin City”, obu opartych na komiksach Millera. Taka była wtedy moda na przerysowaną przemoc. Twórcy „Spartacusa” dodali do tego wszechobecny seks. Niestety, mamy 2017 rok i duży przesyt szczucia cycem po kilku sezonach „Gry o tron”. Wygląda to momentami tak, jakby z premedytacją szukano historii z przemocą i seksem, którą można by pokazać w lekko „ukomiksowionej” konwencji.

Oczywiście Neil Gaiman i jego zdolność onirycznego snucia opowieści, z szerokim doświadczeniem od komiksów, przez powieści do scenariuszy, jest doskonałym wyborem. Tym bardziej że jego „Amerykańscy bogowie” to w istocie niesamowicie klimatyczna, spowita półmrokiem i kopiąca wyobraźnię w dupę książka. Jak jednak nazwiecie rozłożenie powieści, którą pochłonąłem w dwa wieczory, na dwa sezony serialu? Kto o zdrowych zmysłach będzie czekać rok na kolejny sezon historii, którą najwolniejszy czytelnik łyknie może w miesiąc? Poza tym absolutnie nie wciąga mnie oglądanie czegoś, w czym znam każdy zwrot akcji.

To może główna różnica między „bogami” a „Grą o tron”. Ta druga była tak obszerna, że mimo przeczytania serii dwa razy, przyjemnie było zanurzyć się w ten świat ponownie. Zwłaszcza ze świadomością, że książki nie zamknęły opowieści, więc serial pokaże coś nowego (i pokazał). W przypadku „Amerykańskich bogów” jedyne, co mi przychodzi do głowy, to strata czasu. Spędzić tyle godzin na oglądaniu znajomej i stosunkowo krótkiej opowieści, a potem miesiące czekania na ciąg dalszy, który również znam. Nie dzięki, mam ciekawsze zajęcia.

„Opowieść podręcznej” – najnudniejsza antyutopijna ekranizacja, jaką widziałem.

Powieść „Opowieść podręcznej”, którą przerobiono teraz na serial, napisała Margaret Artwood w 1985 roku. Dzieło było antyutopijną odpowiedzią na próby ograniczenia emancypacji za czasów prezydenta Reagana. Ekranizacja doskonale wpisuje się we współczesne odrodzenie prawicy na całym świecie. Od ultraszowinistycznego mizogina w Białym Domu, po gwałcącą prawa kobiet i akceptującą skrajny nacjonalizm władzę między innymi w Polsce. Rozumiem też, jakie wrażenie musi wywoływać oglądanie serialu, jeśli nie zna się historii opowiedzianej w oryginale. Lub jeśli ktoś nie jest zaznajomiony z innymi antyutopiami.

Kiedy kilkanaście lat temu trwoniłem czas w liceum, zanurzyłem się w szczególny rodzaj prozy. Od „Wspomnień z domu umarłych” Dostojewskiego, przez inspirowany nimi „Inny Świat” Herlinga-Grudzińskiego, po przejmującego Remarque’a. Do tego dorzuciłem całą masę książek o Holokauście („Nadzieja umiera ostatnia”, „Zdążyć przed Panem Bogiem” i kilkanaście innych), oraz kilka antyutopii, jak choćby „Rok 1984”. Po tym wszystkim „Opowieść podręcznej” wydaje się dosyć delikatna.

Przede wszystkim z mojego punktu widzenia kobiety i dzieci są głównymi ofiarami każdej ideologii i każdej wojny. Opowieść, w której piękna płeć sprowadzona jest do robienia zakupów, zajmowania się domem, rodzenia dzieci i prostytucji niestety nie odbiega zbytnio od realiów w wielu miejscach na świecie. Umiejscowienie akcji w niedalekiej przyszłości na terenie Stanów Zjednoczonych ma na celu wywołanie większego utożsamienia się z bohaterkami przez widownię. OK, taka jest rola fantastyki — mówić o współczesnych problemach w zawoalowanej formie.

Oglądać, czy nie oglądać?

„Amerykańscy bogowie” mają kilku doskonałych aktorów i zachwycające zdjęcia. Jeśli nie czytaliście książki, mogą was też zaskoczyć i sprawić niemałą przyjemność. Są też skokiem na kasę (dwa sezony?) i produkcją silącą się na kontrowersję (naprawdę nie czerpię przyjemności z oglądania kutasów w telewizji). Powieść łykniecie w kilka dni i zachwyci was równie mocno. Subiektywnie: zaliczcie książkę i zapomnijcie o serialu.

„Opowieść podręcznej” to świetna główna aktorka oraz delikatnie, a dla wielu zapewne wstrząsająco pokazana antyutopia. Z mojego punktu widzenia nie ma tu jednak niczego odkrywczego ani żadnego zaskakującego zwrotu akcji, a fabuła sączy się, jak krew z nosa. Przeczytajcie oryginał albo „Rok 1984”, albo „Folwark zwierzęcy”, „Limes inferior”, „Powrót z gwiazd”, „Władcę much”… Cokolwiek. Pełno jest antyutopii. Również wśród seriali. Do dystopijnych można śmiało zaliczyć „Sliders”, „Samurai Jack”, „Twilight Zone”, „The Man in the High Castle”, czy nawet „Firefly”. Oraz kilkadziesiąt filmów („Matrix”, „Seksmisja”, „Blade runner”, „12 małp” i wiele, wiele innych).

Oczywiście serial to mimo wszystko opcja na zapoznanie się z opowieścią w większym gronie, zamiast wydzierać sobie nawzajem książkę z rąk. Jeśli lubicie tak spędzać czas — proszę bardzo. Feministki na pewno z przyjemnością puszczą soki wściekłości na patriarchat oglądając „Opowieść podręcznej”. Każdemu według potrzeb.

Ale serio. Chwyćcie za książki.