„Złoczyńcy nigdy nie brzydzili mnie aż tak, jak brzydzą idioci i głupcy”. Recenzja „Galerii złamanych piór”.

Książki Recenzje

Zacznijmy od tego, że czytałem wiele lat temu „Kącik złamanych piór” ukazujący się regularnie w miesięczniku „Fenix”. Było to na długo, zanim poznałem wspaniałą prozę Feliksa W. Kresa (cykl o Szerni!). W „Kąciku…” Kres recenzował nadesłane przez początkujących autorów opowiadania. Czynił to w sposób raczej rozrywkowy, błyskotliwie obnażając błędy. Potrafił być zgryźliwy, ale umiał też docenić. Przede wszystkim jednak zawsze szanował nawet najbardziej beznadziejne przypadki — jak mówił: „ABSOLUTNIE WSZYSCY Autorzy, których prace miałem w ręku, są w moich oczach elitą. Każdy z nich mógłby robić coś innego w tym samym czasie, gdy zgarbiony nad blatem biurka pukał w klawiaturę bądź skrobał litery na kartce — i mniejsza o efekty, bo ważny jest tu dla mnie obszar zainteresowań: otóż wszyscy ci ludzie czytają książki, a ponadto próbują je pisać.” Z wielką przyjemnością powróciłem do czasów „Feniksa” sięgając po „Galerię złamanych piór”. Oto moje wrażenia.

Zaimek, składnia, przenośnia i miłość do języka.

Tyle z grubsza można wynieść z lektury zebranych do kupy odcinków „Kącika złamanych piór” i późniejszej „Galerii osobliwości”: zaimków nie powinno być za dużo, zdania mają mieć sens, a przenośnie winny być spójne logicznie. Jak sam autor wielokrotnie tłumaczył, jego rubryka nie miała służyć nauce pisania książek. Jeśli kiedykolwiek napisaliście cokolwiek poza szkolnymi wypracowaniami i oficjalnymi pismami, to wiecie, jak trudno znaleźć kogoś, kto przeczytałby i bezstronnie ocenił opowiadanie. Przecież nie pobiegniecie z pierwszą spisaną historyjką prosto do wydawcy, nie? A jeśli już pobiegliście, to chcecie teraz wiedzieć, dlaczego opowiadanie nie zostało opublikowane. I kto wam to powie?

To było prawdziwe zadanie Kresa — uzmysłowić autorom i czytelnikom, że warsztat pisarski jest podstawą, fundamentem, bez którego żaden pomysł fabularny się nie utrzyma. Trudno się zresztą z Kresem nie zgodzić, iż jakiekolwiek dyskusje o kreacji bohatera, pleceniu wątków akcji, czy typach narracji można zacząć dopiero z człowiekiem, który potrafi napisać zrozumiałe zdanie.

Myślę, że jedną z osób, które zaszczepiły we mnie miłość do języka oraz uparte pragnienie precyzyjnego wyrażania myśli — był właśnie Feliks W. Kres w swojej rubryce na łamach „Feniksa”. Jak sam pisał:

(…) czym właściwie jest język. Fenomenem, spełniającym tak skomplikowane funkcje, że aż głowa boli. To zjawisko z pogranicza magii, a może nawet sama magiczna substancja. Czy ktoś myśli, że zaklęcia i formuły magiczne nie istnieją? Z samych tylko słów tworzono obłąkańcze filozofie, których głosiciele i twórcy zmieniali losy świata. Komunizm i faszyzm (a także rasizm i wszelkie zjawiska pokrewne) to idee nie tylko nie mające oparcia w nauce, ale wręcz sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Filozofia, korespondencja, komentarze.

W młodości ceniłem sobie kąśliwy styl Kresa i z radością odkryłem, że przemawia on do mnie i teraz. Oczywiście dostrzegam momenty, w których twórca Szereru się zagalopował; momenty graniczące z niesmacznym hiperbolizowaniem. Jak ten tutaj:

Badania naukowe dowodzą, że zupełnie nieszkodliwy dla zdrowia jest surowy kalafior, wyhodowany na końskiej kupie, w odległości stu kilometrów od najbliższego ludzkiego osiedla, a w każdym razie od samochodowych spalin. Pomyślałem, że spróbuję go sprowadzić, ale muszę coś jeść nim nadejdzie. Przestudiowałem różne diety i wyszło mi, że z tabelą wartości energetycznej posiłków w ręku, grupą krwi A Rh+ w żyłach, jako człowiek rasy białej a do tego samiec, jeśli będę wpieprzał soję, glony i otręby (w odpowiednich, rzecz jasna, proporcjach), mogę przeżyć nawet dziewięćdziesiąt lat w dobrym w zdrowiu, pod warunkiem oczywiście, że rzucę palenie, nie pomylę się w liczeniu kalorii, dom z azbestu zamienię na dom z cedru i zamieszkam tam, gdzie tajga zaczyna przechodzić w tundrę. Krótko mówiąc, wybór jest taki: dziewięćdziesiąt zdrowych, czerstwych lat w gułagu — lub najwyżej siedemdziesiąt w jakichś innych warunkach. Jest to odwieczny konflikt między długością a jakością życia (Stalin zresztą rozstrzygnął go kiedyś, umieszczając w zdrowych syberyjskich warunkach parę milionów ludzi, odżywianych znakomitą zupą z nieskażonej pestycydem brukwi — jeśli dietetycy mają rację, to ci ludzie żyją do dziś; ruchu i świeżego powietrza też im chyba nie brakowało).

Takich to rzeczy można dowiedzieć się ze zbioru felietonów dla początkujących pisarzy. Jak zresztą wspomniałem wyżej, główny przekaz „Galerii…” to: pisz z sensem i nie nadużywaj zaimków. Książka jest właściwie dowodem tezy Kresa, że nie ma znaczenia, o czym się pisze, jeśli pisarz posiada solidny warsztat. Czytając kolejne przypomnienia, uściślenia i wyjaśnienia czym „Kącik złamanych piór” jest, na jakich zasadach działa i dlaczego jego gospodarz nie będzie pośrednikiem między autorami a wydawcami, natraficie też na wywody filozoficzne dotyczące kwestii tak ważkich, jak różnice między pisarstwem kobiet i mężczyzn, pogarda dla amerykańskich podręczników uczących wszystkiego, czy komentarze dotyczące odbioru kontrowersyjnej sztuki przez idiotów.

Z całym szacunkiem dla Narodu za Wielką Wodą — wierzą tam, że człowieka można nauczyć orgazmu i pisania, małżeństwa i zdrowego odżywiania, biegania i latania, wszystko można zmierzyć i zważyć, Murzyna jednym słowem przemienić w Afroamerykanina, kalekę w sprawnego (choć inaczej), nie istnieją rzeczy niemożliwe, a potęga Wuja Sama jest wieczna — co na ustach Europejczyka zaraz wywołuje uśmiech wyższości i politowania. Uzasadniony, moim zdaniem, bo niemal każdy tutaj jest przedstawicielem narodu będącego kiedyś mocarstwem.

Znajdziecie również odpowiedzi Kresa na nadesłane listy i opowiadania. Czasami to krótkie „daruj sobie”, a czasami autor wklejał listy czytelników w całości, by później szczegółowo i krwawo się z nimi rozprawić.

Zaskakujące dla mnie było odkrycie, jaki wpływ na mój styl pisania miały felietony z „Feniksa”. To Kres (i niektórzy nauczyciele, oczywiście) przekonał mnie dobitnie, że na pierwszym miejscu trzeba stawiać przekaz. Słów używać zgodnie z ich słownikowym znaczeniem, porównania tworzyć spójne wewnętrznie, a przede wszystkim myśleć! Przekaz ma być zrozumiały dla odbiorcy, a by taki był, powinienem wiedzieć, o czym, u diabła, mówię. Polecam „Galerię…” każdemu, kogo ciągnie do pisania — dobrze jest przez pryzmat tej książki zobaczyć swoje teksty.

Na koniec.

„Galeria złamanych piór” składa się z trzech części. W pierwszej mamy wybór felietonów z „Feniksa”, w drugiej ich kontynuację z „Science Fiction”, a w trzeciej autor serwuje nam trzy własne opowiadania. Po lekturze wynurzeń na temat zaimków i logiki opowieści, autor pokazuje teksty takie, jakie sam wysłał swego czasu do wydawców — bez poprawek, bez korekty. Mamy szansę odnieść to, o czym piał przez dwie poprzednie części, do jego pracy. Czy szewc bez butów chodzi?

Ja zostawię wam tutaj trzy ostatnie fragmenty. Niech słowa autora same was przekonają, czy warto „Galerię…” przeczytać.

Wypuszczę więc tylko ciche tru-tu-tu, że złoczyńcy nigdy nie brzydzili mnie aż tak, jak brzydzą idioci i głupcy; mniej też obawiam się złoczyńców. Są przewidywalni, wiadomo z grubsza, czego chcą i jak się przed nimi ustrzec — przynajmniej można próbować. A idioci lęgną się jak muchy, z brudu, i to brudu intelektualnego, wyskakują nie wiadomo skąd; z bandą nieuków i głupców nigdy nic nie wiadomo. Rozpętają panikę z powodu gołębi srających na dach; wysadzą w powietrze tramwaj z powodu pornograficznego pantografu; zdejmą z nogi i zjedzą mi kapeć, bo ma różowy pompon i nierówność społeczną oraz wyzysk widać tu jak na dłoni. Przy takich horyzontach niepodobna niczego zbudować (…).

Generalnie, niestety, kobiety piszą lepiej. Powiadam „niestety” – bo za babską prozą nie przepadam. Zazwyczaj są to teksty skierowane raczej do wewnątrz niż na zewnątrz; w ich tle rysuje się sylwetka autorki, która — jakże by inaczej — pisze o sobie, swoich problemach, marzeniach, zamierzeniach, cała reszta niewiele ją obchodzi. Jeśli bohaterką opowieści jest dziewczyna — to kryje się za nią autorka. Jeśli facet — to siedzi w nim autorka. Jeśli słoń — to pod maską słonia widzimy autorkę. To są cholerne pamiętniki, „moje dzienniczki”, czy jak tam to nazwać. Kochany pamiętniku, jest dzisiaj piątek i znowu go spotkałam. Patrzył na mnie, ale chyba nie wiedział… Kurde, oszaleć można. Tyle tylko, że to są dobre teksty. No, powiedzmy, na przyzwoitym poziomie. Nudne — według kryteriów niżej podpisanego. Ale wiem, że nie wszyscy tak sądzą, taka proza też jest potrzebna. A z czysto technicznego punktu widzenia — moja statystyczna autorka jest dwa razy lepsza od statystycznego autora.

Autora zainspirowanego poetyką RPG rozpoznać można z daleka. Przeważnie jest to jakiś Mistrz Gry, czasem gracz. Autorzy ci stanowią wielce elitarny a zamknięty klub, w którym obowiązuje surowy regulamin. Punkt pierwszy brzmi: nie wolno opisać bohatera na mniej niż dwóch stronach maszynopisu. Co to oznacza? Otóż, dajmy na to, jedzie sobie rycerz. „Jeździec był olbrzymiego wzrostu, miał 192 cm, a na głowie hełm z przyłbicą z czerwonymi strusimi piórami, które chwiały się podczas jazdy. W ręku trzymał kopię długą na trzy metry, a w drugiej ręce tarczę z herbem o szerokości czterech dłoni, w kolorach zielonym, czerwonym, fioletowym, żółtym, różowym i niebieskim, co wyobrażało ptaka zrywającego się do lotu. Przy boku miał ciężki miecz półtoraręczny, zaś z drugiej strony u pasa wisiał mu sztylet o rękojeści wysadzanej drogocennymi klejnotami. Przy siodle rycerza wisiał topór o ostrzu długości półtora łokcia i stylisku długim jak ramię dorosłego mężczyzny. Koń, na którym siedział, miał w kłębie 182,5 cm wysokości i nosił siodło…” i tak dalej do usranej śmierci, bo z drugiej strony nadjeżdża przecież zbójca.