Prywatność: Bezczelność firm z doliny krzemowej przekracza wszelkie granice.

Felietony Technologie

Pamiętacie czasy, kiedy narzekało się na niebieski ekran w Windowsie? Kiedy można było wyjąć baterię z telefonu i powiedzieć: „No, teraz nikt nie podsłucha”? Kiedy patrząc w ekran laptopa nie zastanawialiście się, kto patrzy na was? Te czasy się skończyły. Pisałem o przegranej wojnie o prywatność na łamach działu Opinie Komputer Świata. To nie wszystko jednak. Kiedy już każdy wie, że na prywatność zrzucono bomby, rozstrzelano ją i zakopano wymazując z map miejsce pochówku; wtedy bezczelność korporacji staje się perfidnie jawna i bezwstydna. Weźmy takie Google…

Utrata poszanowania i ochrony prywatności, oddawanie małymi krokami, kawałek po kawałku, naszej osobistej intymności — to dzieje się odkąd użytkownicy sieci (ich dane, nawyki, zachowania) stali się towarem. Znamienne jest, że odkąd we wrześniu opisywałem, jak wiele już oddaliśmy, do wiadomości publicznej przedostały się informacje o kolejnych skandalicznych posunięciach Google. Z tą samą nonszalancją, z jaką iRobot wpadł na pomysł handlowania skanami mieszkań posiadaczy robotów sprzątających Roomba, Google kilkakrotnie pokazało, jak głęboko w … poszanowaniu ma prywatność swoich użytkowników.

[Zobacz najbardziej popularne roboty odkurzające]

W październiku głośno zrobiło się z powodu Google Drive. Otóż Google przypadkowo odcięło użytkowników od niektórych dokumentów. Niechcący korporacja ujawniła, że aktywnie i bez zezwolenia skanuje prywatne dokumenty użytkowników, wyszukując słowa kluczowe. Ktoś coś źle poprzyciskał i wielu ludzi uświadomionych zostało, że można im ocenzurować nieopublikowane, prywatne teksty. Bez względu na faktyczne przesłanie (!), wystarczyło pojawienie się oflagowanego słowa kluczowego, by utracić dostęp do dokumentu.

W listopadzie okazało się, iż Google gromadzi dane lokalizacyjne smartfonów z Androidem, nawet gdy w użytkownik wyłączył taką opcję w ustawieniach. Firma dobierała się do danych lokalizacji ustalonych na podstawie masztów telefonii komórkowej, wychodząc z założenia, że użytkownik wyłącza jedynie lokalizację przez GPS. Posiadacze smartfonów z Androidem myśleli, że wyłączając lokalizację odcinają Google od swojego miejsca przebywania. Mylili się. Kolejny raz dano nam do zrozumienia, że nie wolno ufać korporacjom, bo wykorzystają wszelkie kruczki, aby się dobrać do naszych danych.

[Porównaj na Skąpcu smartfony w cenie do 2000zł]

Za każdym razem należałoby powtarzać do znudzenia: jeśli masz w urządzeniu jakiś sensor, kamerę, mikrofon, lokalizator — dane o tobie będą zbierane, przesyłane do centrali, przetwarzane i sprzedawane. Zupełnie bez znaczenia jest to, co przeczytacie w warunkach użytkowania, regulaminach i politykach prywatności. Po pierwsze, korporacje mają je gdzieś i będą grzebać w waszych danych tak czy owak. Po drugie, żaden zapis nie uchroni was tak, jak sami możecie się ochronić. Po trzecie, kiedy policja zastuka do korporacji z nakazem sądowym, to znajdą się natychmiast wasze rozmowy z komunikatorów, lokalizacje z GPS, słowa kluczowe podsłuchane przez mikrofony Amazon Echo lub waszych smartfonów, historie przeglądanych stron i siatka znajomych. Niezależnie od tego, jakie warunki zaakceptowaliście i jak dokładnie je wcześniej przeczytaliście.

Dowodów słuszności powyższego akapitu znajdziecie na pęczki. BlackBerry przekazujące rozmowy z BBM policji. Amazon przekazujący prokuraturze nagrania z Echo. Dropbox „oszczędzający miejsce na serwerach” poprzez deduplikację „szyfrowanych” plików. Wreszcie gromadzenie lokalizacji użytkowników przez Google, czy śledzenie odwiedzanych stron i nagrywanie rozmów przez Facebooka.

Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon pisze w swoim artykule: „Według szacunków Unii Europejskiej, rynkowa wartość danych przetwarzanych online do 2020 r. sięgnie 739 miliardów euro. Z komercyjnego punktu widzenia to wysoka stawka. Od lat wydawcy gazet internetowych i dostawcy innych „darmowych” usług utrzymują się przede wszystkim ze sprzedaży przestrzeni reklamowej. Ten model finansowania oznacza, że ich realnym klientem jest nie ten, kto odwiedza stronę, ale ten, kto płaci za wyświetlenie reklamy. Rosnący popyt na jak najlepiej dopasowany przekaz marketingowy przekłada się na konieczność śledzenia użytkowników. Tylko znając ich zainteresowania i siłę nabywczą, dostawcy treści są w stanie zapewnić odpowiedni wskaźnik klikalności i uzyskać dobrą cenę za wyświetlane reklamy.”

Wygląda na to, że Dolina Krzemowa ma nową gorączkę złota, przy czym złotem jest twoja prywatność. Dasz sobie w niej grzebać dobrowolnie?


Za zdjęcie wyróżniające ten wpis posłużyła słynna już fotografia z zaklejoną kamerą i mikrofonem w laptopie twórcy Facebooka. Bo wydawało się adekwatne.