Sieć ludzkich żywotów pleciona w osnowie tragedii — recenzja „Śladów” Jakuba Małeckiego

Jakub Małecki to pisarz młodego pokolenia, który zaczynał od fantastyki, ale wyewoluował swą twórczość bliżej głównego nurtu. Nie pozbył się jednak całkiem elementów fantastycznych — i dobrze, gdyż dodają one pewnej metafizycznej głębi (coś na kształt realizmu magicznego). „Ślady” były moim pierwszym zetknięciem ze słowami Małeckiego, za co dziękować mogę akcji CzytajPL. Dziękować, bo było warto. Oto dlaczego.

Wyobraźcie sobie pijanego tkacza ludzkich żywotów. Przeplata on tysiące różnokolorowych wątków na raz wokół osnów z pojedynczych tragedii, niepowodzeń, żalów. Każdy ma swoją osnowę, lecz przecież wątki się przecinają, a niektóre dramaty kształtują życia całych pokoleń. Powstająca w ten sposób tkanina jest swego rodzaju patchworkiem, na którym możemy odszukać życiorysy ludzi oddalonych od siebie o setki kilometrów i dziesiątki lat, które łączą zaledwie jedna lub dwie nitki. Na każdego człowieka czekają też nożyczki, by przeciąż nić życia według jakiegoś planu.

Książka Małeckiego umiejętnie odzwierciedla patchwork historii kilkunastu ludzi. Jest zbiorem opowiadań, które tworzą jedną zamotaną całość. Ginący na wojnie żołnierz, śmierć w katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim, żona przywalona ścianą kamienicy, modelka, stary wioskowy głupek, kryminalista, chłopak oblany kwasem… Co ich wszystkich łączy? Jak przepowiednia starego Chwaściora realizuje się na przestrzeni dziesięcioleci? Czym są potwory z zewnątrz i jak czytać smugi na asfalcie?

Narratorem w mojej opinii jest śmierć. Każdy ma swoją, czekającą w wyprodukowanej kuli, cegle, samochodzie, chorobie, słupie. Mówi pieszczotliwie o każdym bohaterze „mój”, tak jak często kobiety nazywają swych mężów. Jest więc lubą czekającą na swego kochanka, znającą szczegóły jego życia, litującą się nad bezsensownie snującymi się przez życie ludźmi. Obserwowana na własne oczy śmierć odciska piętno, nie da się o niej zapomnieć.

Małecki miesza motyw śmierci ze zwyczajnym życiem ludzkim, dorzuca elementy magiczne, cierpienie, traumę. Każdej postaci czegoś w życiu brakuje, za czymś goni, czegoś się obawia. Może jednak ta śmierć, cierpliwie czekająca na wszystkich, powinna być jakimś pewnikiem, ostoją? Wspólnym mianownikiem, do którego warto od czasu do czasu odnieść własne pragnienia, lęki, żale i tęsknoty? Sitem, przez które przecedzić możemy rzeczy i sprawy nieistotne? Alarmem przypominającym, że koniec może być tuż za rogiem? I może wreszcie nawet najzwyklejszy człowiek nie umiera nigdy całkowicie, bo ślady po nim zostają w historii kolejnych pokoleń, w pamięci zbiorowej, nawet jeśli są wyłącznie małymi okruszkami, echami wspomnień, pojedynczymi obrazkami z przeszłości…

W każdym razie „Ślady” Małeckiego poruszają do głębi, potrząsają duszą i nie pozwalają się oderwać od lektury. Mam wrażenie, że czytanie ich po raz drugi mogłoby odsłonieć kolejne drobne elementy łączące historie wielu bohaterów. Małecki dał mi dużo frajdy, sporo do myślenia, ale też barwnie pokazał, że historia to nie tylko książki i daty, a właśnie sieć ludzkich żywotów pleciona w osnowie tragedii. Nie da się z tego kobierca wypleść własnej nitki życia i istnieć całkowicie osobno. Warto o tym pamiętać.