Jak Bollywood przypomniało mi magię kina.

Felietony Filmy Recenzje

Jedną z niesamowicie pozytywnych cech życia, jest to, jak potrafi czasami zaskoczyć. Któż bowiem spodziewałby się, że Czech, sprzątający w angielskim kasynie, okaże się ekspertem od azjatyckiego kina? Tymczasem po krótkiej rozmowie ze Slavomirem wróciłem do domu z listą bollywoodzkich hitów do obejrzenia. Wiem, co myślicie. Kolorowe stroje, uśmiechnięte tancerki i kiczowate historie miłosne. Sęk w tym, że hinduskie zagłębie filmowe kręci rocznie więcej niż cała Ameryka. Owszem, większość siłą rzeczy musi być słaba, lecz powstają też bardzo dobre produkcje. Tak dobre, że wbijają w krzesło na bite trzy godziny, autentycznie wzruszają, a na koniec pozostawiają pytanie: co się stało z zachodnim kinem?

Co takiego obejrzałem, zapytacie. Jak dotąd cztery z poleconych mi przez Slavomira filmów. We wszystkich zagrała największa gwiazda filmowa na planecie — Aamir Khan, o czym w trakcie seansów nie miałem pojęcia. Spodziewałem się, no wiecie, grupowych tańców, a zobaczyłem spektrum od komedii i satyry po dramat sportowy i kryminał. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy istnieje w ogóle możliwość zobaczenia któregokolwiek w Polsce, a oglądałem z angielskimi napisami, bo przecież aktorzy mówią w Hindi.

Dlaczego więc zdecydowałem się o Bollywood napisać? Bo każdy z czterech obejrzanych filmów zasługuje na dystrybucję w Polsce bardziej niż wszystkie „dzieła” Papryka Vege łącznie. Oto one.

„Trzej idioci” (2009) — komediodramat o dojrzewaniu.

Szkoła, konkurencja, szukanie tożsamości, określanie własnej przyszłości. Trzech chłopaków trafia do elitarnej szkoły dla przyszłych inżynierów. Nawiązują przyjaźń ponad różnicami klasowymi i wbrew przeciwnościom losu. Wątki komediowe przepleciono kilkoma mocnymi scenami samobójstw studentów poddanych zbyt dużej presji. Nade wszystko „Trzej idioci” to głos krytyki wobec sztywno zinstytucjonalizowanej edukacji, ale przecież nie tylko. Mamy tu zachętę do realizowania pasji, pochwałę indywidualizmu i kilka innych motywów charakterystycznych dla przejścia od młodości do dorosłości. Tańce? Raz, ale bohaterowie trafili na wesele, a i scena była bardzo krótka. Wspaniałe, zachwycające, pełne nadziei kino. Przepiękne zdjęcia, cudownie pozytywna historia i niemal trzy godziny, które zleciały mi szybciej niż na którejkolwiek części „Hobbita”.

„Talaash” (2012) — kryminał, triller, horror psychologiczny.

(Gdybym miał tytuł przetłumaczyć na polski — „Poszukiwana”). W wypadku samochodowym ginie popularny aktor, Armaan Kapoor. Wygląda, jakby wjechał do morza, chcąc uniknąć zderzenia. Inspektor policji Surjan Shekhawat (Aamir Khan) prowadzi śledztwo, jednocześnie borykając się z poczuciem winy po śmierci ośmioletniego synka. Mroczny Mumbaj, nocne sceny, prostytutki, szantaż… I pragnienie odkupienia. W życiu nie zgadlibyście, że to Bollywood.

„PK” (2014) — satyra sci-fi (serio).

(Tutaj tytuł oznacza dosłownie „wstawiony”, „pijany”. Ponieważ podejrzenie upojenia alkoholowego przyczyniło się do powstania ksywki głównego bohatera, po polsku dałbym tytuł „Śnięty”. Świetnie korelowałby ze słowem „święty”, zwłaszcza zważywszy tematykę filmu).

Pozbawiony odzienia obcy (Aamir Khan) ląduje gdzieś w Rajahstanie z misją naukową, ale traci pilota sterującego statkiem kosmicznym. W poszukiwaniu urządzenia trafia do Delhi, gdzie zrezygnowany zaczyna szukać pomocy boga. Tylko którego wybrać? Jak wiadomo, osobie z zewnątrz najłatwiej zauważyć hipokryzję społeczeństwa. „PK” pod przykrywką romantycznej komedii sci-fi (tak, wiem, jak to brzmi) pokazuje obłudę religijnych osobistości, absurd wydumanych zasad poszczególnych religii, które przecież wszystkie z założenia szukają kontaktu z tym samym bogiem. Dobrze zrobione zdjęcia, niezła gra aktorska i zaskakująca głębia. Tutaj zdarzają się już jednak te typowe dla hinduskiej kinematografii tańce. Mamy jednak bonus w postaci zjawiskowo pięknej Anushki Sharmy.

Anushka Sharma.
„Dangal” (2016) — dramat sportowy. Kino najwyższych lotów.

(Po polsku dałbym tytuł „Zapasy” albo „Walka”). Historia byłego zapaśnika, który z braku męskiego potomka postanawia przekazać swe umiejętności córkom. Pamiętajcie, że mowa tutaj o wciąż bardzo patriarchalnych Indiach! Ojciec (grany przez Aamira Khana) i same córki muszą stawić czoła społeczeństwu, dla którego kobieta winna być żoną i matką, a nie zapaśniczką. Zachwycający i pełen emocji film, którego śmiało można porównać do jakiejś części „Rocky’ego”, przy czym do walki stają młode dziewczyny. Do tego opowieść oparta na prawdziwej historii indyjskich olimpijskich zawodniczek i medalistek. Czy muszę jeszcze przekonywać?

Czego te cztery seanse nauczyły mnie o indyjskim kinie? Niezależnie od tematu, czy nawet gatunku, gdzieś podskórnie, pod wartwą emocjonalną i rozrywkową, przemyca się konstatację zastanego porządku. „PK” odkrywa obłudę i hipokryzję środowisk religijnych, „Trzej idioci” niosą posłanie pozytywnej zmiany systemu edukacji, „Dangal” opowiada o walce o wyzwolenie kobiet z okowów zniewalającej je tradycji. Co jeszcze? Brak tu epatowania przemocą, a nawet mroczny film szmugluje pozytywne przesłanie.

Możecie dalej śmiać się z Bollywood, ale „Trzej idioci” zarobili na świecie 88 milionów dolarów, „PK” 100 milionów, a „Dangal” aż 320 milionów. Nawet „Talaash” z zarobkiem 27 milionów przegania o milion „Ogniem i mieczem”. Możecie dalej śmiać się z Bollywood, ale będzie to tylko świadczyło o pewnej dozie ignorancji, pobłażliwości i zupełnie niezasłużonego traktowania indyjskiego kina z wyższością.

Kiedy zachodnie kino coraz bardziej odjeżdża w ekranizacje komiksów i wypchane efektami specjalnymi napierdalanki, a polskie próbuje to wszystko nieudolnie naśladować pękającymi od „kurew” gangsterskimi hitami, to właście Bollywood przywraca widza do samych korzeni kina. Do czasów, kiedy z otwartą buzią chłonęło się wspaniałe historie. To Bollywood pokazuje, że emocje z Cinema Paradiso są wciąż możliwe, że znów można przeżyć kilkugodzinne katharsis śmiechu i łez. To Bollywood dziś pamięta o tym, co w kinie najważniejsze.