„Na Boga, co wy robicie?” — „Kler”, film na wskroś religijny.

Kiedy szedłem do kina w Manchesterze, by wreszcie obejrzeć najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego, w Polsce w najlepsze gorzała dyskusja o tym, czy „Kler” jest antykościelny, czy nie. Zdziwicie się pewnie, kiedy wam powiem, że po seansie uznałem „Kler” za obraz o nawróceniu, oczyszczeniu i zatraceniu w grzechu, obraz na wskroś religijny. Potem obejrzałem film po raz drugi, by upewnić się, że w mojej interpretacji czegoś nie przeoczyłem. Efekt? Poniżej. To nie recenzja, a bardziej prywatne notatki, więc możecie spodziewać się spojlerów.

Kinomaniak w swojej recenzji zwrócił uwagę na siedem grzechów głównych regularnie popełnianych na ekranie przez księży. Owszem, mamy tam cały zestaw: pycha, chciwość, zazdrość, nieczystość, gniew, łakomstwo, lenistwo (wolę określenie acedia, z wszystkimi jego odcieniami), ale przecież zostając księdzem, człowiek nie staje się z automatu świętym, mało tego, nawet święci grzeszyli. Dlatego sama obecność grzechu nie czyni „Kleru” antykościelnym, a jedynie daje tło do pokazania pewnych postaw.

W mojej ocenie, jeżeli można stwierdzić, że film Smarzowskiego wypowiada się przeciwko czemukolwiek, to zdecydowanie będzie to celibat. U tego reżysera nie ma zbędnych scen i nieraz malutka, z pozoru nieistotna dla całej akcji, sytuacja, służy wyjaśnieniu intencji twórcy. Pamiętacie scenę z wilkiem z „Wołynia”, niemo krzyczącą, że dzikie bestie są mniej przerażające od ludzi? W „Klerze” ustami ucznia pada twierdzenie, że celibat jest sprzeczny z naturą. Spójrzcie przez pryzmat tego jednego zdania na grzechy księży. Co jest źródłem samotności Trybusa? Co stawia go przed dramatycznym wyborem: bądź samotny i nieszczęśliwy, albo z kobietą, ale ciągle łamiąc śluby, więc też nieszczęśliwy? Co popycha go do zalewania tego smutku alkoholem? Celibat. Co przyciąga do Kościoła pedofilów i karierowiczów? Celibat. Brak celibatu nie skłoniłby świętych do rezygnacji z czystości, ale za to zlikwidowałby wiele nieszczęść.

Mamy więc historię trzech księży.

Oczywiście, że nazwiska mają tu znaczenie! Mordowicz nie jest twarzą, a wykrzywioną mordą Kościoła. Nota bene wspaniale ograna przez Janusza Gajosa rola, a przez przyciemnione oświetlenie w pomieszczeniach nawiązująca do „Ojca chrzestnego”. W Lisowskim z miejsca rozpoznacie chytrego lisa. Trybus to najmniejszy trybik w machinie katolickiej instytucji, prawiący kazania do kilku starszych osób. A Kukuła? Większość kojarzy wyłącznie „kukułcze jajo”, lecz dla mnie to błędny trop, bo ani Andrzej Kukuła nie był nikomu podrzucony na wychowanie, ani zgwałcony ministrant nie został mu de facto podrzucony. Widzicie, kukułka była w starożytnej Grecji uważana za symbol świętości i tak odczytywałbym nazwisko tego bohatera.

To prowadzi nas do mojego osobistego odbioru dzieła Smarzowskiego, do tego, co ja zobaczyłem na wielkim ekranie. A widziałem trzy postacie, z których dwóm głęboko współczułem.

Trybus

Robert Więckiewicz gra człowieka rozdartego między ślubami czystości a miłością do kobiety, między utrzymaniem rodziny a poczuciem winy z wyciągania pieniędzy od wiernych, między byciem księdzem a byciem mężczyzną. Duszę rozłamaną próbuje zaspawać alkoholem. Jest w gruncie rzeczy człowiekiem dobrym, odczuwającym wyrzuty sumienia. Kiedy jego rozchwianie między funkcjami księdza i ojca stawia na szali życie nienarodzonego dziecka, Trybus po spojrzeniu na obraz Matki Boskiej zmienia decyzję w sprawie aborcji. Kiedy zaś myśli, że po pijaku śmiertelnie potrącił mężczyznę, dobrowolnie zgłasza się na policję. Podsumowując, Trybus odczuwa ogromny żal za grzechy i ostatecznie wybiera miłość i życie. Niczym syn marnotrawny, czy zagubiona owca powraca na właściwą ścieżkę. W efekcie rezygnuje z kapłaństwa.

Trzeba koniecznie zwrócić uwagę na wewnętrzny konflikt tej postaci. „Co ja mam zrobić?” pyta Kukułę. Zdecydowanie ksiądz z powołania, znający na pamięć Biblię. Kiedy bierze pieniądze od wiernych, odczuwa ogromny dyskomfort. Kiedy myśli, że zabił człowieka, oddaje się w ręce policji. Jednocześnie musi zbierać pieniądze na naprawę rynien, bo ma na utrzymaniu kobietę z jej córką. Oszukuje swoje powołanie, oszukuje parafian, Boga i samego siebie.

Trybus dociera do sedna swojej duszy we własnych kazaniach. Mówi podczas jednej mszy tak: „Otóż najpełniej ludźmi stajemy się wtedy, gdy prawdziwie kochamy. Boga, kobieta mężczyznę, mężczyzna kobietę. A w tej miłości rodzi się wspólnota, pragnienie bliskości Boga, człowieka. Zwyczajnej bliskości”. W kolejnym kazaniu, tuż przed dokonaniem wyboru, Trybus głosi: „Nie można jedną nogą stać na pomoście, a drugą na łodzi. Człowiek musi się określić”.

Postać grana przez Więckiewicza często zostaje oceniana jako ksiądz upadający, który cudem staje na nogach. Ja znowuż widzę to zupełnie na odwrót. Ksiądz Trybus powoli wychodzi z otchłani samotności, którą sam nazywa „okrutną siostrą śmierci”. Grana przez wspaniałą Joannę Kulig Hanna jest jego aniołem, który cierpliwie, krok po kroku, ciągnie mężczyznę za uszy z bagna. Niczego nieoczekująca miłość Hanny jest balsamem na całe zło, a jej owoc ostatecznie przeważa szalę i kończy wewnętrzny dramat Trybusa. Od rozpaczy, samotności, depresji, beznadziei i utraconej wiary — do życia, nadziei i miłości. Czy to nie jest piękna opowieść o synu marnotrawnym? O zagubionej owieczce?

Kukuła

Kukuła za to z powagą traktuje kapłaństwo. Po prostu jest dla swoich parafian. Troszczy się o młodzież, troszczy o Ryśka z patologicznej rodziny, troszczy o umierających, o potrzebujących. Jest w pewnym sensie zupełnym przeciwieństwem kukułki, ptaka podrzucającego swój rodzicielski obowiązek do obcego gniazda. Tak, zbiera pieniądze, tak, pije, by uczcić przeżycie pożaru (i prowadzi pod wpływem), jednak poza tym, czym zgrzeszyła postać grana przez Arka Jakubika?

Razem z ministrantami śledzimy przez dziurkę od klucza, jak ogląda ciało chłopca z patologicznej rodziny. Scena przytulenia pozbawionego miłości dziecka jest tu fałszywym tropem mającym zasiać zwątpienie w niewinność Kukuły. Sami mamy wątpliwości, bo przecież ksiądz Kukuła spędza czas z młodymi chłopcami, puszcza oko do ministranta, zamyka się z Ryśkiem w zakrystii. O to tu chodzi. Nic dziwnego, że okoliczni mieszkańcy tak łatwo oskarżyli kapłana o pedofilię i niemal zlinczowali.

Jakież musi być zdziwienie widowni, gdy okazuje się, że Kukuła jest niewinny.

Lisowski

Długo zastanawiałem się, czy to Lisowski zgwałcił ministranta, który zemdlał na zakrystii w kościele Kukuły. Nie zrozumcie mnie źle, Lisowski jest kawałem drania, ale jednak wzbudził we mnie początkowo mieszane uczucia.

Być może po części wynika to stąd, że makiaweliczne postaci swą skutecznością działania wymuszają szacunek w nastawionym na efektywność kapitalistycznym społeczeństwie. Lisowski to taki Frank Underwood polskiego Kościoła — knuje, oszukuje, wynajduje haki, wymusza, przekupuje, ale jest skuteczny i odnosi sukcesy na drabinie hierarchii kościelnej.

Do tego widzimy go płaczącego na wspomnienie okrucieństw, jakich był świadkiem w sierocińcu. Widzimy, jak obdarowuje dzieci, załatwia łóżka i biurka do katolickiego domu dziecka. Uratował Kukułę i Trybusa z pożaru. Tak, ustawia przetarg mafii, ale wyciąga od bossa 50 tysięcy na szczytny cel. Tak, ucisza dziennikarkę, ale wysyłając jej dziecko na kosztowną operację. Tak, szuka haków na biskupa, ale się sukinsynowi należy.

Jak ocenić taką postać? I czy to Lisowski zgwałcił Ryśka?

Smarzowski mówi cytatem z Biblii: „Po owocach ich poznacie”. Wpierw miałem dużo wątpliwości, potem obejrzałem „Kler” po raz drugi i zauważyłem, jak Lisowski pyta „co ty tu robisz?” chłopca, który przyszedł po Kukułę do umierającej kobiety. Ten chłopiec to był właśnie Rysiek-ministrant, w ubraniu cywilnym. Zarówno forma pytania i mina Lisowskiego sugerują, że chłopaka zna. Ponadto przez cały film postać grana przez Jacka Braciaka osiąga cele kłamstwem, przysługami, manipulacją i przekupstwem. Tylko w jednej scenie sięga po wszystkie cztery armaty — kiedy staje przed nim ksiądz Kukuła. Mówi wtedy:

„Wiem, co myślisz, ale ja tego niezrobiłem. (pauza) Dobro Kościoła wymaga nie grzebać w sprawach, które mogąprzynieść nieszczęście nam wszystkim. (pauza) Pamiętasz ten pożar? Uratowałemci życie. (pauza, Lisowski zapina marynarkę) Z Bogiem. (Lisowski wychodzi,Kukuła znajduje na jego miejscu pieniądze)”.

Jeśli Lisowski faktycznie zgwałcił ministranta, to w jego wypowiedzi mamy po kolei kłamstwo, manipulację, przypomnienie przysługi i na końcu przekupstwo. Co, jeśli jednak Lisowski jest skurwysynem załatwiającym niewygodne sprawy Kościoła: przyspieszyć wylanie asfaltu, ukryć wykopane kości, ustawić przetarg, uciszyć budowlańców, uciszyć dziennikarkę, uciszyć ofiarę pedofila; człowiekiem zdolnym do podpalenia budynku, by uratować z pożaru dwóch księży; ale w tym całym skurwysyństwie jedno, czym nie jest, to pedofil?

Wnioski

Czego uczy nas „Kler”?

Tego, że ksiądz ma prawo do miłości. Nie może kochać wyłącznie Boga, a wiernych traktować jako źródło gotówki. Celibat, czyli ostateczny zakaz naturalnej, najgłębszej, intymnej miłości mężczyzny i kobiety, separuje kapłana od człowieczeństwa, zrozumienia problemów parafian. Celibat wynika z archaicznego przekonania, że kontakt fizyczny z kobietą kala czystość kapłana i oddala go od Boga — powiedzmy sobie szczerze, taka konstrukcja myślowa jest obrzydliwa i seksistowska.

Tego, że „dobro Kościoła” to pusty slogan zupełnie na opak rozumiany i wykorzystywany przez kapłaństwo. Słowo „kościół” oznacza budynek, w szerszym rozumieniu instytucję, a w jeszcze szerszym wszystkich wierzących. Jeśli kościół może być święty, to wyłącznie w znaczeniu wspólnoty. Takiej, z której można wykluczyć ludzi działających na szkodę: pedofilów, złodziei, oszustów, gangsterów. Kościół w sensie instytucjonalnym, jeśli nie chce być oderwany od korzeni wspólnotowych, musi wykluczać ze swoich szeregów ludzi kalających jego dobre imię, a nie ich ochraniać! Inaczej „dobre imię Kościoła” pozostanie synonimem parasola dla pedofilii, machinacji finansowych, oraz powiązań mafijnych i politycznych. Czy tym ma być?

Wreszcie tego, że udowodnienie winy pedofilowi może być niezwykle trudne i bez ochrony dostojników kościelnych. Ofiarom trudno wyjawić sprawę w dzieciństwie i trudno, kiedy już dorosną. Drapieżnika bardzo trudno wskazać, bo niejednokrotnie potrafi pomóc, znaleźć fundusze, rozwiązać problem, czy nawet uratować życie, jak Lisowski. Zauważcie, że mimo charakteryzacji, sugestywnego nazwiska, manipulacji, powiązań mafijnych, przekrętów, wymuszeń, przekupstwa, być może handlu dziećmi i czego jeszcze Lisowski nie dokonał w filmie, ciągle nie ma twardych dowodów na jego winę w sprawie chłopca. Ciągle pojawiają się wątpliwości, bo przecież płakał, wspominając obserwowaną w dzieciństwie homoseksualną przemoc, bo przecież mimo wszystko pomagał sierocińcowi, uratował życie dwóm kapłanom itd. Czy jest winny pedofilii? Nie wiadomo. Prawdopodobnie. Milczenie ofiary i milczenie Kościoła nie pomoże rozwiązać sprawy. Tyle, że bez wsparcia tej „świętej” rzekomo instytucji prawdziwy pedofil chodzi wolno, podczas gdy niewinni księża cierpią od niesłusznych oskarżeń, wspólnota chrześcijańska przeżywa kryzys wiary, no i przede wszystkim cierpią dzieci molestowane wciąż, i wciąż, i wciąż.

„Kler” nie jest filmem antykościelnym, lecz obnaża fałszywość części kapłaństwa w Polsce. Wbrew Kościołowi nie zakłada niewinności księży oskarżonych o pedofilię, wbrew środowiskom antykościelnym nie zakłada, że wszyscy księża są pedofilami. Odebrałem film Wojtka Smarzowskiego, jako obraz religijny, stający w obronie człowieczeństwa, a naprzeciw pudrowanego złotem i perfumowanego kadzidłem skurwysyństwa. I jeśli Kościołowi uda się kiedyś wypalić chwasty ze swojego ogródka, to może będzie miał dobre imię, może będzie święty.