Najlepsze, co twarda fantastyka naukowa ma do zaoferowania. Recenzja „Ślepowidzenia”.

Po sporym zawodzie trylogią Richarda Morgana o Kovacsu z radością zanurzyłem się w lekturę poleconą mi przez kolegę, wstyd przyznać, kilka lat temu. Doprawdy nie umiem wyjaśnić, dlaczego tyle zwlekałem, zważywszy, że to kolega, który dawno temu rekomendował mi lekturę cyklu wiedźmińskiego, a później także „Perfekcyjną niedoskonałość” Dukaja. Dziś przyznaję: warto było wreszcie zabrać się za „Ślepowidzenie”. Oto dlaczego.

Orzeźwiające pomysły.

Peter Watts wymyślił w zasadzie dosyć ponury świat schyłku 21 wieku. Ludzie nie uprawiają już seksu! Dobra, to pewnie nie jest najważniejszy element wizji autora, ale faktycznie rżnięcie się dla przyjemności uznawane jest powszechnie za brudne, niedoskonałe, wymagające zbyt wielu kompromisów i wysiłku. Większość wybiera seks w wirtualnej rzeczywistości, podrasowany, upiększony, bez pierdów, nieświeżego oddechu i potu.

Technologia umożliwia podłączenie się do wirtuala na stałe. Nazywa się to wniebowzięciem i miliony ludzi skorzystały z takiego rozwiązania, uważając rzeczywistość za zbyt niesatysfakcjonującą. Kiedy decydujesz się na wniebowzięcie, podpinają ci do karku wtyczkę a’la „Matrix”, ciało umieszczają wraz z tysiącami innych w wielkim kompleksie, gdzie podtrzymywane są funkcje życiowe i odtąd żyjesz we własnoręcznie zaprojektowanym niebie. Niektórzy z wybierających rzeczywistość nazywają to jednak pogrzebem.

Co bardziej ambitni ewoluują za pomocą technologii w coraz dziwniejsze byty. To ktoś ma w sobie świadomości kilku osób, to ktoś inny rozszerza zmysły o wrażenia doznawane przez narzędzia laboratoryjne. Bohaterem i narratorem powieści jest Siri Keeton, człowiek, któremu w dzieciństwie wycięto połowę mózgu, pozbawiając w rezultacie empatii. Transhumanizm jest jednym z poruszanych tematów.

Zapytacie pewnie, gdzie te orzeźwiające pomysły. Już dostarczam. Wampiry istniały naprawdę. W plejstocenie oddzieliły się od homo sapiens jako nowy drapieżny gatunek. Z powodu zbyt małej dysproporcji łowca-ofiara oraz zbyt wolnego cyklu reprodukcyjnego człowieka, wykształciły coś na kształt hibernacji — długowieczny sen zbliżony do śmierci. Wymarły jednak w wyniku nietypowej mutacji, która na widok kątów prostych wywoływała ataki przypominające padaczkę. Teraz znowu istnieją. Przywrócono je do życia podobnie jak dinozaury w „Parku Jurajskim”. Ci o kilka poziomów bardziej od nas inteligentni drapieżcy zażywają leki antyeuklidesowe i służą ludzkości swymi umysłami.

Na tym pomysły autora się nie kończą…

Nietypowy pierwszy kontakt.

Akcja powieści dzieje się głównie na statku kosmicznym Tezeusz, wysłanym z misją zbadania komety, z której przechwycono tajemniczą transmisję radiową. Kilka lat wcześniej na Ziemię zupełnie niespodziewanie spadły tysiące równomiernie rozmieszczonych w sieć oplatającą całą planetę obiektów. Spalając się w atmosferze, nadały w kosmos sygnał. Nie wiadomo skąd się wzięły, jaką wiadomość zawierał sygnał, kto i po co je wysłał. Jedyne, czego z pewnością ludzkość dowiedziała się w wyniku tego wydarzenia, to, że nie jest sama we wszechświecie.

Siri Keeton jest członkiem załogi Tezeusza, za kapitana robi sam statek, czyli sztuczna inteligencja, zaś dowódcą wyprawy uczyniono wampira. Załoga poza tym składa się z wysoce usprawnionych jednostek ludzkich, bo, aby latać poza Jowisza, trzeba sobie „zainstalować” umiejętność zapadania w wampirzą śmierć. No więc wybudzają się w boleściach z tej śmierci i odkrywają, że nie dotarli w pobliże komety, bo ta uległa samodestrukcji, a aż do obłoku Oorta. Misję przekierowano do nowego źródła sygnału — niewykrytego dotąd gazowego olbrzyma o masy dziesięciu Jowiszów.

Kiedy ekipa odkrywa na orbicie planety zakamuflowany, żywy artefakt wielkości miasta, ten nawiązuje kontakt i przedstawia się w kilku ziemskich językach jako Rorschach. Tu zaczyna się ostra jazda bez trzymanki. W sensie rozrywki intelektualnej, bo jeśli liczyliście na Vina Diesela z gołą klatą masakrującego zastępy obcych, to nie taką jazdę bez trzymanki mam na myśli.

Traktat o świadomości?

Peter Watts dołącza do panteonu pisarzy fantastycznych, którzy, opowiadając nam o całkowicie nieprawdopodobnych rzeczach, zmuszali do rozważenia niezwykle ważkich kwestii, do odpowiedzi na pytania, przez które „patrzymy w sufit o trzeciej nad ranem”. Czym jest to ciągle gadające w głowie „ja”? Czym właściwie jest świadomość i, może przede wszystkim, po cholerę wyewoluowała? Czy może istnieć inteligencja nieświadoma siebie? A może świadomość to taki wirtualny wirus wiodący ludzkość do samounicestwienia przez rozbuchanie ego i dążenie do wiecznej, bezproduktywnej, mentalnej masturbacji w Niebie?

Obcy w naturalny sposób stają się wyimaginowaną pomocą naukową, a poruszane to tu, to tam zagadnienia transhumanizmu wzbogacają dyskurs. Jednym słowem, perełka.

Podsumowanie.

Nie widzę sensu przedłużania tej recenzji. „Ślepowidzenie” warto przeczytać i warto mieć na półce między Lemem, Dukajem, Dickiem i innymi wielkimi. Da wam na długo do myślenia i zdrowo pobudzi wyobraźnię. Watts udostępnił swe dzieło w sieci, więc nawet nie musicie płacić, jeśli czytacie po angielsku. Dla każdego, kto chciałby jednak, jak ja, przeczytać tę książkę w mowie ojczystej, poniżej przydatne linki. A jeśli już mieliście przyjemność oddania się tej lekturze, to napiszcie w komentarzach, jak wam się podobało!


Obrazek wyróżniający autorstwa Vadima Marchenko pochodzi ze strony internetowej autora książki.