Recenzja „Skin in the game”.

Miałem pisać recenzję „Skin in the Game”, najnowszej i zarazem pierwszej, po którą sięgnąłem, książki Nassima Nicholasa Taleba. Próbując wyłuskać przesłanie z bigosu, chcąc roztrząsnąć to, z czym się nie zgadzam, i odsiać słuszne akapity od bzdur, spędziłem nad tekstem wiele godzin, płodząc niemal tysiąc słów, tylko po to, by wreszcie się wkurwić, skasować wszystko i zacząć od nowa. Nie kupujcie tej książki, omijajcie ją szerokim łukiem, oszczędźcie pieniądze, nerwy i godność. Na pewno macie lepsze rzeczy do roboty.

Już we wstępie autor ujawnia, że książka jest pseudofilozoficzną wypociną o tym, jak według niego powinien wyglądać symetryczny (czytaj: sprawiedliwy) świat. Oczywiście w swojej bucowatej manii wielkości Taleb jest przekonany, że podaje wiedzę najwyższą, więc przez całą książkę podprogowo lub bezpośrednio obraża. Kogo? To proste, ludzi „nierozumiejących” jego mądrości, czyli tylko tych czytelników, którzy na koniec powiedzą, że przelał na papier banialuki. Jeśli po lekturze „Skin in the game” klaszczesz w ręce z szaleńczym objawieniem w oczach, to autor nie nazwie cię „intelectual yet idiot” i będziesz mógł żyć w samozadowoleniu. Jest tylko jedno „ale” — tym razem faktycznie spłodził potworka.

Według Taleba „Skin in the Game” skupia się wokół czterech tematów: niepewności i niezawodności wiedzy; symetrii, czyli uczciwości, sprawiedliwości, odpowiedzialności i wzajemności; jawności informacji w transakcjach; oraz racjonalności w systemach złożonych i prawdziwym świecie. Wszystkie je ma łączyć właśnie skin in the game, czyli branie na siebie części ryzyka związanego z przedsięwzięciem. Po polsku przetłumaczyłbym to jako „ryzykowanie własną skórą”.

Taleb wydaje się konstruować wizję sprawiedliwej utopii na fundamencie tego, czego brak jego zdaniem był jedną z przyczyn kryzysu finansowego sprzed dekady, czyli odpowiedzialności. Uważa, skądinąd słusznie, za niesprawiedliwy i szkodliwy brak udziału banków w ponoszeniu kosztów pęknięcia bańki kredytów hipotecznych, oraz brak odpowiedzialności zarządzających owymi instytucjami (a wręcz sowite premie tuż po bailoutach). Problem w tym, że Taleb rozciąga finansowe ryzykowanie własną skórą na całą działalność ludzką.

Zacznijmy od samego nieszczęsnego wstępu, w którym autor stwierdza, że symetria to uczciwość, sprawiedliwość, odpowiedzialność i wzajemność. W pierwszym odruchu przytakniecie, ale pomyślcie przez chwilę. Gdyby wszyscy byli odpowiedzialni i uczciwi, nie istniałoby pojęcie sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Wzajemność to też nie jest sprawiedliwość, wzajemność to prosta droga do wielopokoleniowej wendetty. Czym jest zatem talebowa symetria? Hm? Czy na pewno przemyślał na kilku poziomach to twierdzenie, czy zatrzymał się na mokrym śnie o przywróceniu kodeksu Hammurabiego?

Pójdźmy dalej. Niepewność wiedzy to nic innego jak krytyka podejmowania decyzji na skutek opinii gadających głów z telewizji. Wiedza eksperta jest z założenia gorsza od rad babci, bo babcia swoje przeżyła. Owszem, często należy słuchać rad starszych, oni już kilka razy dali się naciąć na piramidy finansowe, cudowne kremy na porost włosów i inny bullshit. Rady babci pomagają uniknąć oszustwa. O ile babcia nie mówi, że kiedyś się nie szczepiło dzieci i żyły. No i nieraz to młodzi ludzie ratują babcie przed sprzedawcami garnków i oszustami na wnuczka… Ekspert otrzymuje pieniądze za tworzenie coraz to nowych opinii, a za żadną nie ponosi odpowiedzialności. Tyle że ostatecznie babcia także nie ponosi odpowiedzialności za swoje rady.

Ogólnie mówiąc, ze „Skin in the game” nic nie wynika, bo pełna jest podobnych twierdzeń, co na pierwszy rzut oka są słuszne, lecz po głębszej analizie niekoniecznie. Kolejny przykład? Sprzedawca Forda mało sprzeda jeśli sam jeździ Hondą. Mało odkrywcze, bo to po prostu społeczny dowód słuszności, łatwy do wykorzystania — dać każdemu sprzedawcy auto Forda, żeby Taleb myślał, że skoro sami nimi jeżdżą, to NA PEWNO dobrze radzą. No niestety tak to nie działa. Każdy sprzedawca produktów Skandii musiał mieć własne ubezpieczenie właśnie z tego powodu. Tak łatwo jest obejść talebowe „Skin in the game”.

Fine dining to taki wałek, żeby wyrwać od bogatych pieniądze, a przecież zawsze smaczniejsze będą sprawdzone dania o wysokiej zawartości tłuszczu jak hamburger czy pizza. Ciekawe, bo zdarzało mi się trafić na hamburgera o smaku tektury i pizzę z wyrobem seropodobnym, gdy tymczasem kubki smakowe wróciły do dzieciństwa przy serniku w polskiej restauracji fine dining Platzki w Manchesterze.

Albo cały rozdział o tym, że można być intelektualistą a mimo wszystko idiotą, jakbyśmy w Polsce nie mieli garści przykładów, rozpoczynając choćby od „profesor” Pawłowicz, czy zaangażowanej we wszystko jak leci Mai Ostaszewskiej, a kończąc na Partii Razem.

Albo motywem czystego ad absurdum, gdy jednocześnie twierdzi, że religia ma skin in the game, oraz że to dziwne, że Jan Paweł II pojechał do szpitala po postrzale, a nie zawierzył swojego zdrowia Bogu. Jeśli skin in the game oznacza ponoszenie kosztów ryzyka za złą radę bądź decyzję, to gdzie to ma religia? Jak ksiądz ponosi odpowiedzialność za swoje rady? Finansowo? Równocześnie autor beszta medycynę, że dopiero niedawno doszła do wniosku, że na ból głowy lepsza jest jednak tabletka zamiast lobotomii. Taleb, człowiek próbujący nas przekonać, że ksiądz ma więcej skin in the game niż lekarz. Jeszcze nie słyszałem o księdzu pozbawionym prawa do wykonywania zawodu za błąd w sztuce kapłańskiej albo został pozwany za błędne rozgrzeszenie.

O postulowanej przez autora całkowitej jawności i przejrzystości we wszelkich transakcjach chyba nawet szkoda męczyć palce na klawiaturze. Owszem, byłoby pięknie, gdyby sprzedający starego Passata z góry wymienił wszystkie remonty, stłuczki, usterki, a na koniec przyznał, że chce się samochodu pozbyć, na co kupujący mógłby otwarcie przyznać, że nie stać go na droższy samochód, ale czymś jeździć musi, więc zaakceptuje taką a taką cenę. Sęk w tym, że aby ludzie przestali się okłamywać nawzajem, musieliby najpierw przestać okłamywać sami siebie. Wiecie, że są otyli, bo gluten i trzymanie wody, że zaczeska znad ucha kryje łysinę na reszcie czaszki, że silikon uczyni kogoś pięknym, że ten dziesiąty krem to już na pewno usunie zmarszczki, czy wreszcie, że po śmierci jest jakieś życie. Niestety ciężko stawić czoła prawdzie i każdy ma tego świadomość, dlatego bliźniemu prawdy chce oszczędzić najbardziej. I choćby dlatego książka Taleba to pijacka pieśń o utopii.

Czytałem dzieła, w których autor postawił sobie za cel wyjaśnienie jakiegoś zjawiska i krok po kroku, argument za argumentem, podsuwał czytelnikowi dowody za lub przeciw konkretnej tezie. Czytałem dzieła, które składały się z kilku tez roztrząsanych w osobnych rozdziałach, ale wszystkie ostatecznie łączyła jakaś wspólna idea lub problem. Każdą taką książkę można jakoś streścić jednym zdaniem, na przykład „zbiór dowodów na to, że teoria ewolucji jest faktem” („The greatest show on Earth” Dawkinsa) albo „dwanaście porad na poradzenie sobie z chaosem życia” („12 rules for life“ Petersona). „Skin in the game” streściłbym tak: „Ryzykowanie własną skórą jako podstawa filozofii wszystkiego wątpliwie wsparta rachunkiem prawdopodobieństwa, podlana płytkim myśleniem, inwektywami i domieszką bucówy”.

Być może wcześniejsze książki Taleba były genialne — ta nie jest. Jest za to nierówna, z banalnym mimo wszystko przesłaniem, z wieloma argumentami w obronie rzeczy obronionych, a przy tym wieloma bzdurami. Ogólnie z wielkim hukiem wyważa otwarte drzwi. Tak, ma trochę ciekawych odniesień i przyjemnie mocnych zdań, ale nic poza tym.

Zero mięśni bez siły, przyjaźni bez zaufania, opinii bez konsekwencji, zmiany bez estetyki, wieku bez wartości, życia bez wysiłku, wody bez pragnienia, jedzenia bez odżywiania, miłości bez poświęcenia, władzy bez sprawiedliwości, faktów bez dokładności, statystyk bez logiki, matematyki bez dowodu, nauczania bez doświadczenia, uprzejmości bez ciepła, wartości bez ich ucieleśnienia, stopni naukowych bez erudycji, militaryzmu bez męstwa, postępu bez cywilizacji, przyjaźni bez zaangażowania, cnoty bez ryzyka, prawdopodobieństwa bez ergodyczności, bogactwa bez wystawienia na ryzyko jego utraty, komplikacji bez głębi, elokwencji bez treści, decyzji bez asymetrii, nauki bez sceptycyzmu, religii bez tolerancji…

Jeśli zgadzasz się z powyższym, to możesz z lekkim sercem darować sobie znoszenie talebowej manii wielkości i pominąć lekturę „Skin in the game”.