Czy warto przeczytać „Leonardo da Vinci” Isaacsona?

Gościła już tutaj jedna z książek Waltera Isaacsona — świetnie napisana biografia Steve’a Jobsa. Rynek lubi serie wydawnicze, więc Isaacson produkuje kolejne biografie geniuszy-innowatorów. Po Franklinie, Einsteinie i Jobsie wziął się za symbol ludzkiej ciekawości, za synonim człowieka renesansu, za ikonę sztuki i nauki. Dziś kilka słów o książce „Leonardo da Vinci”.

Wybitna postać

Wydaje się, że biografia geniusza sprzed 500 lat, który odcisnął piętno na wielu dziedzinach sztuki i nauki, powinna być z automatu bestsellerem. Da Vinci przyczynił się do wynalezienia camera obscura, a przez to zawdzięczamy mu pośrednio istnienie współczesnej fotografii i filmu. Zrewolucjonizował sposób odwzorowywania świata na mapach, sposób ilustrowania szczegółów anatomicznych, wreszcie wywrócił do góry nogami sztukę malarską. Szerokie spektrum zainteresowań oraz szczególna spostrzegawczość i dociekliwość umożliwiły Leonardowi wyjaśnienie działania zastawek serca, zrozumienie zasad aerodynamiki, czy wymyślenie łożysk kulkowych i specjalnego stopu metali obniżającego tarcie. To tylko kilka przykładów.

Ta ogromna, zniewalająca i granicząca z manią ciekawość sama w sobie niesamowicie fascynuje. Dodajcie do tego życiorys człowieka odmawiającego zleceń arystokratom, dyskutującego z najwyższymi dostojnikami Kościoła i królami, a przy tym wytyczającego nowe szlaki Europejskiej myśli. Historia takiego człowieka nie może być nudna, nie?

A jednak wydano dotąd wiele biografii mistrza Leonarda i chyba żadna nie otarła się o miano bestsellera. Dotąd.

Dobry czas?

Isaacson po raz drugi wstrzelił się z publikacją swojego dzieła w doskonały moment.

Jego życiorysy Franklina i Einsteina nie były tak głośne, jak napisana pod koniec życia, a wydana wkrótce po śmierci, biografia Jobsa. Z jednej strony, sportretowanie żyjącej legendy ułatwiały znacznie rozmowy z bliskimi znajomymi założyciela Apple, przyjaciółmi i wrogami, a przede wszystkim możliwość „przesłuchania” głównego bohatera; z drugiej, nieodżałowana śmierć Jobsa pognała do księgarń nie tylko fanów technologii, ale także przyciągnęła coś przypominającego wzrost zainteresowania utworami świeżo zmarłej gwiazdy muzyki.

W tym roku przypadła pięćsetna rocznica śmierci Leonarda, co w połączeniu z wielkimi nakładami na promocję musiało przynieść wymierny efekt. Mówię o polskim rynku (oryginał opublikowano w 2017 roku), gdzie nawet po otwarciu lodówki szynka krzyczała o książce Isaacsona. Co druga śledzona przeze mnie na Twitterze osoba zabrała się za lekturę i przynajmniej jeden twórca z YouTube otrzymał pieniądze za promocję. Sam zresztą własną kopię wygrałem w konkursie fanpage’u Upoluj Ebooka (za pożałowania godny rysunek „Damy z gronostajem”).

Słowem, dobry czas dla Leonarda, a że nie żyje, to dobry czas dla Waltera.

„Ten, kto może udać się do źródła, nie ma potrzeby czerpać wody z dzbana” Leonardo da Vinci „Codex Atlanticus” 

Co w środku?

Dzieło Isaacsona, podążając linią życia da Vinciego, próbuje dokonać syntezy obszernych zainteresowań artysty. Biograf stara się przekazać wiele detali z uwzględnieniem najnowszych odkryć i badań; wyjaśnia, skąd bierze się tak wiele wątpliwości na temat autorstwa poszczególnych obrazów; ale próbuje też, poprzez zanurzenie czytelnika w otchłani umysłu Leonarda, ukazać pasje, rozterki i słabości mistrza.

W kręgach artystycznych Florencji, w tym także wśród uczniów i przyjaciół Verrocchia, homoseksualizm nie był ewenementem. Sam Verrocchio nigdy się nie ożenił; kawalerem pozostał przez całe życie także Botticelli, który tak jak Leonardo padł ofiarą anonimowych oskarżeń o sodomię. Do grona homoseksualistów zaliczali się między innymi Donatello, Michał Anioł i Benvenuto Cellini (dwukrotnie karany za oddawanie się aktom sodomii). L’amore masculino – jak według Lomazza określał miłość homoseksualną Leonardo – była we Florencji na tyle rozpowszechniona, że słowo Florenzer stało się w Niemczech potocznym określeniem geja.

„Leonardo da Vinci” nie ucieka od tej części osobowości mistrza.

Tekst bywa do znudzenia powtarzalny. Isaacson chwyta się kilku sformułowań według niego definiujących da Vinciego i powtarza je do znudzenia. Niestety przynosi to efekt spłaszczający tę wielką postać do kilku zdań. W końcu ile razy i na ile sposobów można w jednej książce odmienić zdania takie jak: „ruch członków powinien być zgodny ze stanem ducha postaci”, albo: „Leonardo stosował sfumato nie tylko na obrazach, bo rozmywał też granice między nauką i sztuką, teorią i empirią…” i tym podobne. Kiedy sięgniecie po „Leonardo da Vinci”, dowiecie się, że poruszenia ciała mają zdradzać poruszenia ducha, kilka stron później, że wzruszenia ciała pokazują wzruszenia duszy, i tak dalej.

Te i inne powtórzenia mogą wykuć w głowie uproszczony obraz poniekąd skomplikowanego człowieka, na szczęście Leonardo był zbyt trójwymiarowy i nie poddaje się spłaszczeniu. Choć Isaacson pokazuje, że mistrzowi przez całe życie towarzyszyły definiujące go słowa: bękart, ciekawość, homoseksualizm, sfumato, perfekcjonizm, patronat; to niejednokrotnie odnosiłem wrażenie usilnego łączenia tych motywów. Gej nie zawsze rysuje mężczyznę, bo jest gejem, ciekawy człowiek nie wszystko robi z ciekawości, perfekcjonista czasami robi coś nieidealnego, a fakt malowania podobnych uśmiechów (i gestów) nie czyni ich zapowiedziami uśmiechu Mona Lisy.

Niemniej jednak Walter Isaacson wykonał olbrzymią pracę zebrawszy w swej książce dotychczasową wiedzę o Leonardzie. Poświęcił sporo miejsca notatkom geniusza i jego zainteresowaniom pozamalarskim. Wielokrotnie zaznaczył wnioski wyprzedzające współczesną wiedzę o setki lat, a do których da Vinci doszedł, analizując w szczegółowych szkicach wyniki własnych obserwacji.

Tak, Leonardo był geniuszem: szalenie pomysłowym, namiętnie ciekawym świata i niesłychanie twórczym w rozlicznych dziedzinach. Niemniej powinniśmy ostrożnie używać słowa „geniusz”. Rzecz w tym, że przyklejenie mu tej etykietki paradoksalnie umniejsza jego dokonania, sugerując nadnaturalną proweniencję zdolności. Ten błąd popełnił chociażby Giorgio Vasari, szesnastowieczny artysta i jeden z pierwszych biografów Leonarda: „Czasem jedna osoba w nadprzyrodzony sposób zostaje obdarzona przez niebiosa urodą, wdziękiem i talentem w takiej obfitości, że wszystko, co taka osoba robi i tworzy, należy uznać za dar Boga, a nie za dzieło ludzkiego rozumu i umiejętności”. Tymczasem geniusz naszego bohatera był na wskroś ludzki, nabyty dzięki woli i ambicji. W przeciwieństwie do Newtona albo Einsteina nie otrzymał w darze od Boga czy też od natury wybitnego umysłu o mocy przetwarzania informacji tak ogromnej, że my, zwykli śmiertelnicy, nie jesteśmy w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Nie odebrał też niemal żadnego formalnego wykształcenia; ledwo radził sobie z czytaniem po łacinie i z pisemnym dzieleniem. Jego geniusz był innego rodzaju, takiego, jaki jesteśmy w stanie pojąć i jaki może być dla nas wzorem do naśladowania. Opierał się na cechach i umiejętnościach, które każdy z nas może w sobie rozwijać, to znaczy na ciekawości świata oraz uważnej obserwacji. Leonardo posiadał też niezwykle żywą, nieskrępowaną wyobraźnię, niejednokrotnie prowadzącą go na granice świata fantazji – to kolejna cecha, którą warto zarówno pielęgnować w nas samych, jak i rozbudzać w naszych dzieciach.

Mimo tych słów Isaacson używa w swej książca słowa „geniusz” aż 64 razy (i jeszcze 10 razy słowa „genialny”).

Czy warto?

Poza tekstem znajdziecie kolorowe reprodukcje obrazów oraz wiele szkiców, bo jakże mówić o sztuce wizualnej w książce pozbawionej rycin? Całość, mimo irytujących mnie powtórzeń, czyta się bardzo przyjemnie i, jeśli nic nie wiedzieliście o Leonardzie, to warto książkę Isaacsona pochłonąć.

Mimo całej promocji i popularności autora, „Leonardo da Vinci” jest jednak biografią średnią. Owszem wypada lepiej i czyta się przyjemniej niż wydany w 2004 „Leonardo” Martina Kempa, ale do pięt nie dorasta dwutomowemu dziełu z 1898 roku pióra Eugène’a Müntza (które możecie przeczytać za darmo tutaj: tom 1 i tom 2), ani bogactwem językowym, ani bogactwem rycin. Co nie znaczy, że na polskim rynku nie jest najlepsza.

Mój ebook miał wiele błędów: zamienione podpisy pod obrazkami, błędy tłumaczenia, błędy korektorskie… Zrobiłem o tym nawet specjalny wątek na Twitterze. Niedawno miałem w rękach wydanie papierowe i w nim obrazki były podpisane prawidłowo, więc może także inne błędy poprawiono?

Widziałem opinię, że książka Isaacsona jest wyjątkowa, ale znając bogactwo literatury poświęconej Leonardowi, nie posunąłbym się tak daleko. Jest w czym wybierać w zależności od tego, jaki aspekt życia da Vinciego was interesuje. Jednak szukając wyłącznie dzieł wydanych po polsku całkiem prawdopodobne, że bardziej obszernej, syntetycznej i pełnej najnowszych danych publikacji nie znajdziecie.

Dlatego summa summarum polecam. Jeśli już wybieracie się do księgarni po coś na temat Leonarda da Vinci, to sięgnijcie po sprawdzonego autora i całkiem porządną lekturę. Nie zawiedziecie się.

W notatnikach umieszczał listy zakupionych książek i zapisywał ważne cytaty. Pod koniec lat osiemdziesiątych XV wieku posiadał pięć egzemplarzy: encyklopedię Pliniusza, podręcznik do nauki łacińskiej gramatyki, rozprawę na temat minerałów i kamieni szlachetnych oraz humorystyczny poemat Luigiego Pulciego Morgante, często wystawiany na dworze Medyceuszy i opowiadający o przygodach rycerza, który nawrócił olbrzyma na chrześcijaństwo. W 1492 roku Leonardo był już właścicielem blisko czterdziestu woluminów. Zawartość biblioteki najlepiej świadczyła o szerokich zainteresowaniach jej właściciela. Da Vinci nabywał publikacje na temat machin wojennych, uprawy roli, chirurgii, zdrowia, chiromancji, a także pisma Arystotelesa, rozprawy arabskich uczonych z dziedziny fizyki, biografie słynnych filozofów, poezje Owidiusza i Petrarki, bajki Ezopa, kilka zbiorów sprośnych rymowanek i burlesek oraz libretto XIV-wiecznej operetki, z którego zaczerpnął inspirację do stworzenia bestiariusza. W 1504 roku lista posiadanych przez niego książek była bogatsza o kolejnych siedemdziesiąt pozycji. Biblioteka Leonarda liczyła wtedy czterdzieści pozycji stricte naukowych, blisko pięćdziesiąt dzieł literackich, dziesięć traktatów na temat sztuki i architektury, osiem rozpraw religijnych i trzy poświęcone matematyce.

Zdarzało mu się też zapisywać tytuły dzieł, które chciał nabyć lub wypożyczyć. „Mistrz Stefano Caponi, medyk, który mieszka obok pisciny, posiada dzieło Euklidesa” – zanotował. „Spadkobiercy mistrza Giovanniego Ghiringhellego posiadają prace Pelacana”. „Vespucci pożyczy mi księgę na temat geometrii”. Na liście rzeczy do zrobienia wymienione zostały również dwie inne książki: „Podręcznik do algebry, który posiadają Marliani, napisany przez ich ojca… Księga o mediolańskich kościołach, którą można nabyć w ostatnim sklepie z artykułami piśmienniczymi na drodze do Cordusio”. Leonardo odkrył też zasobne źródło wiedzy w postaci księgozbioru Uniwersytetu w Pawii nieopodal Mediolanu: „Wypożyczyć z biblioteki w Pawii książkę Vitolonego o matematyce”. Na tej samej liście zapisał także: „Wnuk Giana Angela, malarz, posiada rozprawę o wodzie, należała do jego ojca… Poprosić zakonnika z Brery, żeby pokazał mi Ponderibus”. Apetyt Leonarda na wiedzę zawartą w księgach był nienasycony.

Da Vinci czerpał też często z wiedzy innych ludzi. Wciąż zasypywał znajomych pytaniami, zresztą to nawyk, którego wszyscy moglibyśmy się od niego uczyć. Jeden z zapadających w pamięć punktów na liście rzeczy do zrobienia brzmi: „Spytać Benedetta Portinarego, jak Flamandowie radzą sobie z poruszaniem się po lodzie”. W kolejnych latach w notatkach pojawiały się kolejne pytania, jakie zamierzał zadać specjalistom z różnych dziedzin: „Zapytać mistrza Antonia, w jaki sposób ustawia się moździerze w bastionach zależnie od pory dnia i nocy… Znaleźć mistrza hydrauliki i poprosić go o wyjaśnienie, jak naprawić śluzę, kanał i młyn pływający… Zapytać mistrza Giovannina, dlaczego mury wieży w Ferrarze nie mają otworów strzelniczych”.

W ten sposób Leonardo stał się uczniem nie tylko własnego doświadczenia, ale także mądrości otrzymywanej od innych. Co ważniejsze, zrozumiał, że postęp w nauce jest wynikiem dialogu między tymi dwiema wartościami. To z kolei pomogło mu pojąć, że wszelka wiedza również jest wynikiem dialogu – między empirią a teorią.

Kiedy patrzę na swoją biblioteczkę, gdzie między tomami o medycynie sądowej, nawigacji, typografii, leżą książki z dziedziny psychiatrii, filozofii, czy mykologii, to czuję umysłowe połączenie z Leonardem, choć z pewnością nigdy nie zrównam się z jego osiągnięciami.