Tydzień na Teneryfie

Nigdy w życiu nie byłem nigdzie z biurem podróży, bo jakoś zawsze samemu rezerwowałem loty i noclegi, gdziekolwiek bym nie jechał. Zwykle ten sposób okazywał się tańszy, kiedy punktem startowym była Polska. W podobny sposób w lutym poleciałem na Gran Canarię. Dlatego dosyć sceptycznie podchodziłem do oferty spędzenia tygodnia na Teneryfie za jedyne £300 z przelotem, hotelem i wyżywieniem all inclusive.

Zdecydowałem spróbować, ostatecznie co może pójść nie tak? Dostanę pokój bez widoku na ocean? A kto na urlopie siedzi w hotelu i patrzy przez okno?

Wylecieliśmy z Manchesteru w niedzielę, dwudziestego listopada. Tak, listopad i luty to dwa najbardziej deszczowe miesiące na Wyspach Kanaryjskich. Oznacza to tyle, że w ciągu tygodnia może padać ze dwa dni. Żaden problem, jeśli ma się książki do nadrobienia i all inclusive. Poza tym temperatura w dzień waha się od 18 do 22 stopni Celsjusza w cieniu, co w zasadzie pozwala na sporadyczne kąpiele w oceanie i odrobinę opalania.

Lecąc z tour operatorem możecie liczyć się z “powitaniem” w pierwszy dzień po przylocie rano. De facto jest to próba sprzedaży wycieczek dodatkowych i warto rozważyć zakup co ciekawszych, ale o tym za chwilę.

Wylądowaliśmy na lotnisku na południu wyspy i musieliśmy jeszcze dostać się autokarem na północ, do docelowego Puerto de la Cruz. Miasteczko to przyciąga raczej starsze osoby szukające spokoju, a w lecie Hiszpanów z kontynentu, którzy preferują łagodniejszy klimat Kanarów. Dużo rzadziej słychać tu angielski u autochtonów, niż chociażby w Playa de la Américas, czy na Gran Canarii w Playa del Inglés.

Czterogwiazdkowy hotel Be Live Adults Only zasługuje na kilka słów. Większość pokoi ma widok na ocean, z naszego widać było również wulkan Teide. Ogólna czystość oraz wspaniałe jedzenie na duży plus. Adults Only w nazwie nie ma nic wspólnego z pornografią i orgiami, po prostu hotel nie ma absolutnie żadnych instalacji dla dzieci i w związku z tym nie przyjmuje rodzin z pociechami. Odczuć można też zdominowanie ośrodka przez starsze osoby. Po pierwsze, animacje wieczorne są zdecydowanie skierowane do seniorów (bingo!), po drugie, siłownia praktycznie nie istnieje (trudno bieżnię i rowerek traktować jak pełnoprawny węzeł rekreacyjny). Dla mnie to wszystko znaczenia mieć nie mogło, gdyż wcześniej zwykle spałem po hotelach i prywatnych mieszkaniach, w których nawet basenu nie było. W podróży potrzebuję łóżka, dachu i łazienki. Resztę sobie skombinuję.

PONIEDZIAŁEK

O dziewiątej, po śniadaniu, mieliśmy tak zwane powitanie. Rezydentka imieniem Jewels opowiadała na nim o atrakcjach Teneryfy i wycieczkach do kupienia, by owe atrakcje zobaczyć. Jak wspominałem wyżej, trzeba dobrze przemyśleć te wycieczki, ponieważ niektóre mogą nie wypalić, a niektóre mogą być nie warte swojej ceny. Taka noc pod wulkanem z oglądaniem gwiazd kosztuje trochę pieniędzy i jest to uzasadnione transportem, kolacją na miejscu, szampanem i w ogóle. Tyle że przez chmury ciężko zobaczyć te gwiazdy. 54 euro od osoby za objazd Icod de los Vinos, Masca i Garachico to jednak trochę dużo, kiedy za 35 euro można wynająć samochód i objechać te same miejsca na własną rękę.

Kupiliśmy rejs katamaranem w pogoni za delfinami. Nie mieli już miejsc na wtorek, zatem wzięliśmy czwartek. Postanowiliśmy też wynająć auto i pojeździć po okolicy.

Resztę dnia spędziliśmy między plażą (ten czarny wulkaniczny piasek!), basenem i barem.

WTOREK

Listopad przypomniał o sobie i cały dzień był zachmurzony z przelotnymi opadami deszczu. Cóż, przerwa w opalaniu jest dobra dla skóry, jednak coś trzeba robić. Trzygodzinny sparring w ping ponga uratował dzień. Wieczorem postanowiłem zobaczyć jedyne kasyno na żywo w Puerto de la Cruz – malutkie to to, tylko dwa stoły do gry. Największy powód do radości? Miejsc na katamaranie zabrakło akurat na dzisiaj. Nie chciałbym się na nim znaleźć z tymi chmurami i przerywanym deszczem.

ŚRODA

Rano nie było jasne, jaka będzie pogoda w ciągu dnia. Mimo to, po śniadaniu wypożyczyliśmy Seata Ibizę. Pamiętam, że w Toskanii Włosi zakładali blokadę na karcie kredytowej na tysiąc euro, na ewentualność mandatów czy wypadków. Tutaj facet poprosił o 60 euro depozytu na zabezpieczenie paliwa, gdybyśmy nie oddali auta z pełnym bakiem.

Pojechaliśmy do Icod de los Vinos, gdzie rośnie tysiącletnia smocza dracena (Drago Milenaris). Zatrzymaliśmy się w tej miejscowości na chwilę, ponieważ w kilku sklepach próbowaliśmy lokalnych win, marmolad z kaktusa, miodu palmowego, likierów (jak ronmiel – rum miodowy), almogrote (lokalne smarowidło do chleba ze startego twardego sera z oliwą i przyprawami), mojo (takie lokalne pesto) i innych delikatesów.

Z Icod ruszyliśmy w kierunku Santiago del Teide z zamiarem zobaczenia Masca. Stwierdziłem jednak, że skoro już jedziemy samochodem, to równie dobrze możemy zobaczyć klify Los Gigantes leżące trochę dalej, a nawet zboczyć pod wulkan Teide. Tak zrobiliśmy. Na Giganty rzuciliśmy okiem z punktu widokowego i pojechaliśmy w stronę Teide. Po drodze mija się krajobraz z innej planety, a i sama góra robi wrażenie, więc warto było nadłożyć drogi.

Spod Teide wróciliśmy na zaplanowaną pierwotnie trasę do Masca. Sama droga do tej wioski z Santiago del Teide to nie lada przygoda. Ciasne serpentyny, na których mijanie autobusu zapewnia wrażenia lepsze niż dobry dreszczowiec. Moja pasażerka była bardziej zestresowana ode mnie, ale pewnie dlatego, że częściej patrzyła w dół. Do lat sześćdziesiątych zeszłego wieku dostać się do Masca można było wyłącznie na ośle. Widok z wioski błyskawicznie przynosi na myśl Andy, co wyjaśnia dlaczego Masca jest zwana europejskim Machu Picchu. Wspaniały widok do kawy zagryzanej babką kaktusową i bananową.

Bardzo chcieliśmy zobaczyć Garachico, o którym mówi się, że jest najładniejszym miasteczkiem wyspy. Było już trochę późno, ale liczyłem, że zdążymy przed zmierzchem. Zamiast wracać w stronę Santiago del Teide pojechaliśmy dalej, kolejnymi serpentynami, aż do Buenavista del Norte, a stamtąd już po stosunkowo płaskiej i prostej drodze do Garachico. Przed wjazdem do miasteczka zrobiliśmy kilka zdjęć z punktu widokowego.

Garachico słynie z jeszcze jednej rzeczy, oprócz swojego uroku. 5 maja 1706 roku zaczęła się erupcja Teide. Trwała ona kilka tygodni i w tym czasie lawa zalała zatokę Garachico. Bez zatoki większe statki nie mogły zacumować na niespokojnych wodach i tak miasto straciło źródło utrzymania, jakim był eksport lokalnych produktów, między innymi mamłazji. Ślady po tej erupcji można znaleźć w mieście do dziś, a nawet w Google Maps formacje geologiczne znaczą ślad przepływu lawy. W Garachico złapał nas zachód słońca.

Wróciliśmy do Puerto de la Cruz, zatankowałem do pełna i odstawiliśmy samochód. Całkowity koszt tej wycieczki zamknął się w 80 euro: 35 za wynajem auta, 15 paliwo i 30 wydane na kawę, miód palmowy i inne smakołyki. Gdybyśmy chcieli to wszystko zobaczyć z tour operatorem, zapłacilibyśmy prawie 170 euro bez zakupów i z pominięciem Los Gigantes.

CZWARTEK

Na rejs katamaranem trzeba było się dostać najpierw autokarem na drugą stronę wyspy. Miał nas odebrać o 11:01 spod sąsiedniego hotelu i stawił się był punktualnie. Około godziny trwał dojazd do Puerto Colon. Na miejscu weszliśmy na pokład Freebird F13 i ruszyliśmy!

Taki katamaran ma w dwóch trzecich długości normalny pokład między kadłubami. W jednej trzeciej, na dziobie, zamiast pokładu rozpięte są siatki zabezpieczające, po których można chodzić. Zanim pasażerowie zorientowali się, że można na tych statkach również siedzieć, już leżałem najbliżej dziobu z aparatem. Zrobiłem dziesiątki zdjęć wybrzeżu, klifom Los Gigantes, delfinom i małym wielorybom. Jeden z delfinów wynurzył się pod naszą siatką!

Kiedy nie fotografowałem, leżałem na siatce rozkoszując się słońcem, wiatrem i okazjonalnym rozbryzgiem fal na twarzy. Na pokładzie zaserwowano posiłek (paella z bułką), a do dyspozycji pasażerów były również napoje. Rejs trwał około czterech i pół godziny, ale wydawało się, że dużo krócej. Pod koniec można było kupić DVD z filmem (€29) oraz zdjęcia z wchodzenia na pokład (€10). Z łodzi przeszliśmy prosto do autobusu i przed ósmą wieczorem byliśmy w hotelu.

Pościg za delfinami to jedna z tych atrakcji, które mogą czasami niewypalić. Organizatorzy uprzedzali, iż prawdopodobieństwo zobaczenia delfinów wynosi około 60%. Na dodatek rezerwując z wyprzedzeniem nie można mieć pewności co do pogody. Mimo wszystko polecam, przynajmniej raz w życiu warto.

PIĄTEK

Słoneczny dzień w całości wykorzystany na opalanie, pływanie w basenie i ogólny relaks.

SOBOTA

Z rana pogoda była raczej nieciekawa. Niemal zaspaliśmy na śniadanie, po którym wróciliśmy do łóżka i niemal zaspaliśmy na lunch! Dopiero po drugiej zdecydowaliśmy pójść na spacer po ogrodach Puerto de la Cruz.

Wstęp do Sitio Litre kosztował €4,75. Nazwa ogrodu pochodzi od nazwiska pierwszego właściciela posiadłości, Archibalda Little. Sitio Little, czyli Little’s Place, po jakimś czasie przekształciło się w Sitio Litre. Obecnie dom jest ciągle własnością prywatną, lecz właściciele postanowili udostępnić ogród zwiedzającym.

Od 1774 roku ogród odwiedziło mnóstwo ludzi, jako goście domu, lub jako uczestnicy ogrodowych prywatek. Wśród najznamienitszych postaci znajdziemy Agathę Christie, Williama Wilde, Alexandra von Humboldta, czy Marianne North. W Sitio Litre do dziś rośnie sześćsetletnia już dracena, bardzo wysoka sosna norfolska (araukaria), kolekcja orchidei i chyba najpiękniej pachnąca róża, jaką kiedykolwiek miałem okazję wąchać. Są też ryby w stawie i papugarium.

Do ogrodu botanicznego można wejść za €3 i również robi on wielkie wrażenie. Eukaliptusy, bananowce, kawowiec, pekan, awokado, palmy, chlebowce, żeń szeń, karambola, aloesy, ogromny ficus macrophylla z licznymi kolumnami nowych pni, cynamonowce, litchi, roślina, z której liści wyrabia się sombrero, roślina, której liście “uciekają” przed dotykiem. Kolekcja z wszystkich kontynentów.

Zjadłem tam dwa znalezione na ścieżce orzechy pekan. Oprócz samych roślin robiłem również zdjęcia tabliczkom z kodami QR, które kierowały do nagrań audio.

Oba ogrody warto zobaczyć zdecydowanie, choć każdy z nich z innego powodu.

Wieczorem w hotelu wygrałem quiz o Teneryfie! Niedzielę spędziliśmy na plaży czekając na transfer na lotnisko.

Jak na pierwszy wyjazd z biurem podróży, jestem zadowolony. Poznaliśmy parę wspaniałych ludzi z Danii, zobaczyliśmy masę zachwycających rzeczy, kilka razy spacerowaliśmy po centrum Puerto de la Cruz jedząc pieczone kasztany. Hotel był całkiem w porządku: wyśmienite jedzenie, czysto, blisko plaży, świetny widok, sympatyczna obsługa.

Na Teneryfie znajdują się dwie najbardziej polecane na świecie atrakcje Trip Advisor i żadnej z nich nie zobaczyłem. Siam Park – nie kręcą mnie parki wodne i Loro Park – ten za to ze zwierzętami w niewoli ku uciesze gawiedzi. Może innym razem. Jednakże jeśli was kręcą te klimaty, to na pewno te dwa parki są na bardzo wysokim poziomie.

Na koniec polecam Wyspy Kanaryjskie wszem i wobec, bo panuje tam lato cały rok i można doskonale odpocząć na plaży nawet w styczniu.

Więcej zdjęć z Teneryfy znajdziecie na moim profilu na Instagramie – instagram.com/jakubhajost

Przewodnik wydawnictwa Bezdroża o Teneryfie znajdziecie tutaj: