Myśli nów w pełni słów: Kurdowie, aquapark i satyrion.

Słowa. Bierzemy je w ciemno, bez należytego namysłu. Często nie rozumiemy ich znaczenia, albo przypisujemy zgoła odmienne. Słowa tracą wartości, nabierają nowych, wycierają się, zużywają, giną. W niektórych tkwi zapomniana wiedza, dawna opowieść, lub ślad wymarłej cywilizacji. Bywa, że jedno słowo odmienia życie, albo skazuje na śmierć.

Słowa są budulcem pisarza. Nieraz przyglądam się któremuś, ważę treść, mierzę ton i odkładam, bo nie pasuje do powstającego tekstu. Niemal codziennie ulegam zadumie nad jakimś starym lub nowym wyrazem. Dlaczego tak brzmi? Skąd pochodzi?

Dlatego postanowiłem pisać felietony. Od dłuższego czasu robię tyle notatek, że szkoda, by marnowały się obrastając kurzem na półkach. Cykl będzie powiązany zamiłowaniem do etymologii i semantyki, do rozmyślań nad słowem i językiem. Każdy tekst zabierze was w podróż w czasie i przestrzeni, nieraz pośród zupełnie losowych tematów, by pokazać, jak fascynujące efekty może przynieść chwila refleksji nad słowem.

Poniżej pierwszy felieton z cyklu „Myśli nów w pełni słów”. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Koniecznie napiszcie w komentarzach, co sądzicie. Bez tego nie będę wiedział, czy kontynuować tę serię artykułów. Z góry dziękuję za wszelkie zostawione mi przez was słowa… Przyjemnej lektury!

Kurdowie

Peshmerga w wolnym tłumaczeniu na język polski oznacza „stojący przed śmiercią” (pesh – stać przed czymś, merga – śmierć), ale mój kurdyjski znajomy twierdzi, że to po prostu synonim żołnierzy, czy armii. Kurdowie właściwie nigdy w swojej długiej historii nie mieli stabilnej, długotrwałej struktury państwowej. Obecnie ten ponad trzydziestomilionowy naród podzielony jest między Turcję, Iran, Irak i Syrię. Kurdowie stanowią do 20% populacji Turcji i Iraku oraz do 10% ogółu mieszkańców Iranu i Syrii. To czwarta pod względem liczebności grupa etniczna na Bliskim Wschodzie. Jak bardzo los tego ludu przypomina los Polaków przez 123 lata po rozbiorach?

Naród zamieszkujący cztery zaborcze kraje, w każdym mający kilka partii politycznych i oddziałów zbrojnych. Poróżniony dziesiątkami lat życia w odmiennych systemach politycznych i stopniach autonomii, oraz różnicami poglądów na wygląd Kurdystanu po odzyskaniu niepodległości. Jakże łatwo przypiąć Kurdom łatkę narodu niezdolnego do rządzenia samym sobą i nie zasługującego na własne państwo. Czy coś wam to przypomina?

Na tym podobieństwa się kończą, jak sądzę. Kurdowie są być może o wiele starszym ludem od Polaków, według niektórych badaczy istniejącym już trzy milenia przed Chrystusem, a więc ponad pięć tysięcy lat temu. Natomiast, jeśli chodzi o sąsiadowanie z agresywnymi ludami o zapędach imperialistycznych, to Kurdowie mieli chyba mniej szczęścia. Podboje babilońskie, asyryjskie, macedońskie, arabskie, perskie, tureckie, mongolskie… Historia do dziś krwawo wykuwa się na kurdyjskich ziemiach.

Aquapark

Profesor Jan Miodek zrobił kiedyś wykład dla młodzieży szkolnej na Uniwersytecie Dzieci we Wrocławiu. Mówił o języku młodych ludzi, jak ewoluuje, przyswaja wyrazy obce i czym różni się od języka formalnego. Jeden z nastolatków zapytał profesora, dlaczego ludzie mówią akłapark zamiast akfapark, skoro to ta sama aqua (czyt. akfa, z łac. woda), co w słowie akwarium. Profesor wyjaśnił to wpływem angielszczyzny, dodając, że aqua w słowie „aquapark” powinno się wymawiać tak samo, jak w słowach „akwedukt”, „akwarele” czy „akwen”.
Rzymianie dużo wnieśli do współczesnych europejskich języków. Woda to przykład równie dobry jak inne. Taki „akwen” utworzono przez analogię do słowa „teren” (po łacinie terra to ziemia, a terrenus – ziemski). Skoro akwen znaczy obszar wodny, to nie można mówić „akwen wodny”, bo znaczyłoby to w istocie „wodny obszar wodny”. Tego typu błąd logiczno-językowy nazywamy pleonazmem.

Miejsce, w którym można znaleźć dużo wody, to po łacinie aquinum. Dlatego miasto założone w okolicy poprzecinanej wieloma źródłami nazywa się dziś po włosku Aquino, a po polsku Akwin. Kojarzycie świętego Tomasza z Akwinu?

Z wodą łączy się także „woda przez o kreskowane”. Co mogą mieć wspólnego Rzymianie z wódką? To oni rzekomo wymyślili określenie na mocny alkohol powstający w wyniku destylacji wina — aqua vitae, czyli woda życia. Podejrzewa się, że pierwotnie sformułowanie mogło brzmieć aqua vite (po włosku „vite” to winorośl, a więc woda z winorośli byłaby poetycko nazwanym winem). Tak, czy owak, potomków wyrażenia aqua vitae można do dziś odnaleźć w wielu krajach. Czterdziestoprocentowy alkohol, przyprawiony między innymi kminkiem i koperkiem, spożywany tradycyjnie w Skandynawii podczas wesel i świąt, nazywa się akvavit. Staropolska wódka to okowita. Samo słowo „wódka” jest zdrobnieniem od słowa „woda”. Kiedy Rzymianie walczyli z celtyckimi plemionami w Brytanii, aqua vitae została przetłumaczona na starogaelicki jako uisce beatha. Ze szkocko-gaelickiego uisge beatha, wyrażenie zostało zangielszczone i ewoluowało od uskebeaghe w szestnastym wieku, przez usquebaugh i usquebath, aż do usquebae w wieku osiemnastym. Tak, dziś ten alkohol to whisky.

Satyrion

Czytając o szparagach dowiadujemy się, że mają kształt falliczny (nie trzeba dużo czytać, by to stwierdzić) i z tego powodu już w starożytności uważano je za afrodyzjak. Rzymianie mawiali: „szybciej niż gotowanie szparagów” (velocius quam asparagi conquantur). Omar Ibn Muhammed Al Nefzawi pisał o nich: „smażone z żółtkami w tłustym mleku wielbłądzim i miodzie, powodują, iż męski członek jest w pogotowiu dzień i noc”. Jedzenie szparagów powoduje nieprzyjemny zapach moczu u niemal połowy światowej populacji, a we Francji w całej — ot, genetyka! Nie martwcie się, tylko dziesięć procent ludzi jest na ów zapach nadwrażliwa.

Manuskrypt „Re De Cocinaria” w New York Academy of Medicine.

Przepis na szparagi znajdziecie w „De Re Coquinaria”, najstarszej zachowanej książce kucharskiej. Długi nie jest: „Asparagos siccabis, rursum in calidam summittas, callosiores reddes”. Taki fragment łaciny powoduje niezwykłe trudności. W polskim wydaniu „O sztuce kulinarnej” przetłumaczono to tak: „Szparagi wysuszysz. Ponownie włożysz je do ciepłej wody, a wyjmiesz nie rozgotowane.” Kiedy zgłębić się w anglojęzyczne tłumaczenia i historię wydań, okaże się, że fragment callosiores reddes został dodany przez autorów wydania z 1922 roku (Friedrich Karl Vollmer oraz Cesare Giarratano), a bez niego i po dokładniejszej analizie, tłumaczenie na polski brzmi mniej więcej tak: „Szparagi osuszysz i włożysz wspak do gorącej wody”.

Co znaczy wspak? Jest bardzo prawdopodobne, że Marcus Gavius opracował metodę na ugotowanie dolnych części szparagów, bez rozgotowania części górnych. Pęk pędów można włożyć do garnka pionowo i wspak, czyli twardymi końcówkami do dołu, z górnymi wystającymi ponad gotującą się wodę. Dolne będą się gotować, a górne dojdą w parze, co zapewni równomierny poziom miękkości. Czy to miał na myśli Gavius, kiedy tworzył to lakoniczne zdanie? Czyżby doskonała metoda umknęła większości współczesnych kucharzy, ginąc w pomroce dziejów i we mgle tłumaczeń?

Wróćmy jeszcze na koniec do afrodyzjaków. Jest sierpień i po okolicznych łąkach kwitną rośliny podobne na pierwszy rzut oka do dziurawca. Mają pierzastodzielne liście i zebrane w podbaldach żółte kwiaty o krótkich płatkach. Konie unikają ich gorzkiego smaku. I dobrze. Rosnące do wysokości 120 centymetrów krzaki zawierają bowiem truciznę odkładającą się w wątrobie i mogącą konia zabić. Na krzakach można zauważyć żółto-czarne larwy proporzycy marzymłódki, żerujące dla tej właśnie trucizny — nie chcą być przysmakiem drapieżników.

W języku angielskim ta interesująca roślina ma wiele nazw: cankerwort, dog standard, stagerwort, benweed, St. James-wort, ragwort, stinking willy… Po polsku to po prostu starzec jakubek. Nazwa może mieć coś wspólnego z osiąganiem przez roślinę pełnego kwitnienia w okolicy 25 lipca, czyli dnia Św. Jakuba Apostoła.

W starożytnej Grecji i Rzymie ze starca jakubka produkowano afrodyzjak o nazwie satyrion. Samą roślinę też tak wtedy nazywano — na cześć lubieżnych satyrów. Ciekawe, że w tym przypadku afrodyzjak robiono z rośliny potrafiącej dosłownie zabić konia.

Czytając powyższe historyjki, zastanawiacie się zapewne nad myślą przewodnią. Może nie ma żadnej? Może po prostu czasami warto słuchać, czytać i się rozglądać? Tyle interesujących rzeczy… W jednym felietonie o słowach dotykamy odwiecznych ludzkich pasji: wojny, alkoholu, seksu, religii i jedzenia, a przy tym możemy zachwycić się historią, naturą i wiedzą w ogóle. W każdym razie tak myślę. Czy się udało?

Tematem przewodnim są jednakże słowa. Ile razy widzieliście słowo Peshmerga? Czy znaliście jego znaczenie? Jak głęboko w historii, literaturze i wielu językach odcisnąć się może jakieś wyrażenie? Jak religia, seksualność i wygląd wpływają na nazewnictwo i zastosowanie roślin? Jak trudno odczytać teksty zapisane w martwym języku? Jesteśmy otoczeni słowami. Może warto czasami poznać ich historię?